– Za spotkanie! – Kaługin uniósł kieliszek. – Prędzej bym się śmierci spodziewał niż ciebie w Warszawie. Ja muszę tu siedzieć aż ucichnie moskiewska awantura, ale ty?
– I naszego generała tutaj przysłali. – Aleksander sięgnął po szkło. – Rozkaz to rozkaz.
– Nie porównuj się do naszego generała – zaśmiał się Miszka. – On jest gubernatorem! A ty żeś wymyślił z tą policją. Cały pułk się dziwił... Szły zakłady, że wstąpisz do żandarmów.
Akurat takiej możliwości Woronin nie brał pod uwagę. Po pierwsze, nie interesowało go łapanie szaleńców, którym wydawało się, że za pomocą kilku bomb domowej roboty ruszą z posad Imperium. A po drugie – nie był przecież rodowym szlachcicem.
– Twoje zdrowie! – wzniósł toast Aleksander.
– Nie wierzę, że przysłali cię do Warszawy przypadkiem. Pewnie żeś znowu wplątał się w jakiś romans? – Michaił zmrużył oko. – Uciekłeś przed panną? Czy przed jej rodziną?
Aleksander poruszył się niespokojnie, bo przyjaciel trafił w sedno. Prawie.
– Zajrzałem do cudzego ogródka – wyjaśnił niechętnie, zapalając papierosa.