Warszawianka
Ida Żmiejewska — Literatura

– Nie­po­trzeb­nie py­tam – zre­flek­to­wał się Miszka, na­kła­da­jąc so­bie czu­baty ta­lerz prze­ką­sek. – Jak­byś się po­go­dził, nie przy­je­chał­byś na pro­win­cję go­nić za zło­dzie­jami.

– Jak tu jest? – za­in­te­re­so­wał się po­li­cjant, po­now­nie na­peł­nia­jąc kie­liszki.

– Po­lacy nas nie lu­bią. Oj, nie lu­bią... Pew­nie mi­nie kilka po­ko­leń, za­nim to bę­dzie na­prawdę na­sza zie­mia... Ale co bę­dziemy o po­li­tyce ga­dać. Twoje zdro­wie!

Po­rucz­nik jed­nym hau­stem opróż­nił kie­li­szek, a po­tem z tru­dem pod­niósł się z ka­napy.

– Za­raz wra­cam – oświad­czył. – A ty skosz­tuj pasz­tetu. Na­prawdę wy­borny, pew­nie z bia­łych za­jęcy.

Zo­sta­wiony sa­memu so­bie Alek­san­der po­słu­chał rady ko­legi: pasz­tet rze­czy­wi­ście oka­zał się nie­zły, choć ja­dał w ży­ciu lep­sze. Po­tem przy­mknął oczy i wy­cią­gnął się na ka­na­pie. Czuł w gło­wie przy­jemny szum i de­li­katne fa­lo­wa­nie. Na­prawdę lu­bił ten stan po kilku głęb­szych, świat sta­wał się ła­god­niej­szy i pe­łen ja­snych barw, a ży­cie, przy­naj­mniej na chwilę, ro­biło się prost­sze.