Drzwi gabinetu znajdującego się na końcu korytarza zamknęły się z hukiem. Policjant popędził w tamtym kierunku. Szarpnął za klamkę, ustąpiła bez problemu. Wpadł do środka, a tam owionął go lodowaty podmuch idący od otwartego okna. Firanki powiewały na wietrze niczym białe chorągwie.
Przeciąg zgasił świece, więc wnętrze oświetlała jedna lampa. Aleksander wytężył wzrok i rozejrzał się dookoła. Pokój był większy i bardziej luksusowy niż ten, w którym przyszło mu spędzić wieczór – prawdziwy apartament.
Wtem dobiegł go dziwny odgłos. Odwrócił głowę: w kącie, nieopodal okna kuliła się krągła blondynka owinięta jakąś jasną tkaniną.
Woronin kilkoma susami pokonał dzielącą ich odległość i dotknął ramienia podopiecznej Madame Steiner.
– Co się stało?
Dziewczyna była tak przerażona, że nie potrafiła wydusić z siebie słowa, ale trzęsącą się ręką wskazała mu ogromne łoże z baldachimem zajmujące środek pokoju.
Policjant, starając się nie zwracać uwagi na coraz większy ziąb, chwycił lampę, a potem zbliżył się do kotary i rozchylił ją.