Ignacy skinął głową, a potem cofnął się o krok i ruszył za strażnikiem. Leontyna wpatrywała się w niego, dopóki nie zniknął za załomem korytarza. A kiedy drzwi zamknęły się z hukiem, poczuła chłód.
Ze spuszczoną głową wyszła na dziedziniec. Owionął ją jesienny wiatr. Odetchnęła zimnym powietrzem, chcąc pozbyć się z płuc odoru więzienia. Niebo było szare od chmur i padał deszcz. Leontyna naciągnęła kaptur i z trudem – obcasy trzewików ślizgały się po mokrych kamieniach – minęła bramę i przerzucony nad fosą zwodzony most, który oddzielał Cytadelę od drogi wiodącej do miasta. A kiedy znalazła się po drugiej stronie, obejrzała się za siebie. Górująca nad Warszawą budowla z cegły i kamienia od zawsze napawała ją lękiem i gdyby dwa lata temu ktoś powiedział, że będzie tu przyjeżdżać tydzień w tydzień, na pewno by nie uwierzyła. Tym bardziej że wiodła spokojne życie i miała jasne widoki na przyszłość.