Nie czekając na służącą, panna wysiadła z dorożki i zrezygnowanym spojrzeniem omiotła budynek. W świetle gazowych latarni można było dostrzec jasny fronton i pyszniący się nad bramą kuty balkon. Choć Rapaccy mieszkali tu prawie od trzech lat, w siedmiopokojowym mieszkaniu na pierwszym piętrze od frontu, Leontyna tęskniła za starym lokum na Mazowieckiej. Rodzice nie podzielali jej sentymentu, gdyż – co rzadkie i godne podkreślenia – zgodnie uważali, że rodzina jednego z najbardziej wziętych warszawskich adwokatów potrzebuje przestronnego, a przede wszystkim reprezentacyjnego lokalu w prestiżowym miejscu. A w końcu – po spłacie długów dziadka Konstantego i otrzymaniu spadku po chrzestnej matce ojca – mogli sobie na to pozwolić.
Pelagia płaciła za kurs. Przemarznięta Leontyna postanowiła nie czekać; przeskoczyła przez kałużę i już miała skręcić do bramy, kiedy z ciemności wyłonił się wystrojony w paradny mundur oficer huzarów. Towarzyszył mu wysoki cywil.