Warszawianka
Ida Żmiejewska — Literatura

Zmie­rzyła obu męż­czyzn nie­chęt­nym wzro­kiem i ła­piąc od­dech, spró­bo­wała ich wy­mi­nąć. Bez­sku­tecz­nie: ofi­cer od­wró­cił się i roz­ło­żył ra­miona. Panna Ra­packa od­sko­czyła, chcąc unik­nąć zde­rze­nia, ale Ro­sja­nin zdą­żył chwy­cić ją za rę­kaw i przy­cią­gnąć do sie­bie. Po­czuła za­pach al­ko­holu.

– Daj ca­łusa, pa­nie­neczko – wy­beł­ko­tał na­tręt po ro­syj­sku, a jego ofiara ze­sztyw­niała ze stra­chu i ze zło­ści. Szybko jed­nak od­zy­skała kon­te­nans i już miała za­pro­te­sto­wać prze­ciwko tak skan­da­licz­nemu trak­to­wa­niu damy, ale nie zdą­żyła, bo uprze­dził ją drugi męż­czy­zna, są­dząc z tonu głosu, jesz­cze trzeźwy.

– Mi­chaił! Puść pa­nią.

Ofi­cer wy­mam­ro­tał coś w od­po­wie­dzi, a Le­on­tyna, ko­rzy­sta­jąc z za­mie­sza­nia, wy­rwała się z jego uści­sku i po­bie­gła przed sie­bie. Sta­rała się nie po­tknąć i za­cho­wać tyle god­no­ści, ile dało się w tak po­ni­ża­ją­cej sy­tu­acji.

– Nic pa­nience nie jest? – Zdy­szana Pe­la­gia drep­tała u jej boku. – Zgraja prze­klęta! – Spoj­rzała na Ro­sjan, któ­rzy wła­śnie pa­ko­wali się do do­rożki, z taką miną, jakby miała za­miar splu­nąć.