Wczoraj byłaś zła na zielono
Eliza Kącka — Powieść obyczajowa i romans

Nie spo­tka­łam jej już ni­g­dy. Ru­da opusz­cza­ła przed­szko­le, a ona – nie wiem, nie do­wie­dzia­łam się, głu­pia. By­ły rów­no­lat­ka­mi. Roz­ma­wia­łam z te­ra­peut­ką o trud­no­ściach mo­je­go dziec­ka, ale przy oka­zji spró­bo­wa­łam do­wie­dzieć się cze­goś o oso­bie, któ­ra sta­nę­ła przede mną jak przy­bysz­ka z in­nej pla­ne­ty. Po­dob­no by­ła in­te­li­gent­na, do­wie­dzia­łam się. Po­dob­no po­tra­fi­ła roz­wią­zy­wać bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne te­sty, do­wie­dzia­łam się. Wska­zy­wa­ła na wła­ści­we roz­wią­za­nie pal­cem czy łok­ciem, nie wie­my, waż­ne, że ni­g­dy nie spoj­rza­ła wprost na ta­bli­cę ob­li­czeń, na te­ry­to­rium za­dań. Jak to ro­bi­ła? Mniej by mnie to in­try­go­wa­ło, gdy­by mia­ła w tym bez­piecz­ny schron, ale nie wie­rzę w to, nie po ak­cji z ta­bli­cą.

– Na­sza te­ra­peut­ka mó­wi­ła, że mia­ła pa­ni zde­rze­nie z tą, no, ni­ską sza­tyn­ką, co nie mó­wi. Ta to jest gro­za – za­gad­nął je­den z oj­ców.

– Gro­za? Dla­cze­go?

– No ona ma, po­wiem pa­ni, coś wy­cię­te. Cze­goś nie ma w oso­bo­wo­ści. Ja bym się nie zdzi­wił, jak­by ko­goś sprząt­nę­ła kie­dyś. Trud­na spra­wa.

– Trud­na, ale nie dla­te­go.