Słysząc ten okrzyk, Henri poprawił siodło i uzdę, po raz piętnasty zapytał dresseur, czy jego mundur dobrze leży, po czym pogłaskał chrapy Gerontiusa, swojego konia, podziwiając wąskie warkocze wstążek, które stajenny wplótł w lśniącą grzywę, i mrucząc słowa pochwały i otuchy w elegancko przycięte uszy zwierzęcia. Gerontius miał siedemnaście lat, według standardów akademii był już staruszkiem i wkrótce miał odejść na emeryturę. Towarzyszył Henriemu od pierwszego dnia w Le Cadre Noir trzy lata temu. Od razu połączyło ich żarliwe uczucie. Tutaj, w obrębie starych murów szkoły, młodzi mężczyźni często całowali chrapy swoich rumaków i szeptali im słówka tak czułe, że wstydziliby się je wypowiedzieć pod adresem kobiety.