Prolog
Zanim ją zobaczył, mignęła mu jej żółta sukienka. Jaśniała w blednącym świetle niczym latarnia na dalekim końcu stajni. Przystanął na chwilę, nie wierząc własnym oczom. Uniosła bladą dłoń, Gerontius pochylił wytworny łeb nad drzwiami, by wziąć przysmak, który mu podała, a on przyspieszył kroku. Niemal biegł, a metalowe czubki jego butów dźwięczały na mokrym bruku.
– Przyjechałaś!
– Henri!
Chwycił ją w ramiona, gdy się odwróciła. Pocałował ją i przechylił głowę, by odetchnąć cudownym zapachem jej włosów. Westchnienie, które wyrwało się z jego gardła, brzmiało tak, jakby wydobyło się z cholewek jego butów.
– Przyjechaliśmy dzisiaj – odparła, kładąc głowę na jego ramieniu. – Nawet nie miałam czasu się przebrać. Pewnie wyglądam okropnie… ale siedziałam na widowni i zauważyłam cię za kurtyną. Przyszłam życzyć ci powodzenia.
Bezładnie wyrzucała z siebie słowa, których i tak prawie nie słyszał. Elektryzowała go sama jej obecność, to, że trzymał ją w ramionach po tylu miesiącach rozłąki.
– No proszę!
Cofnęła się i przesunęła wzrokiem od jego czarnej czapki z daszkiem po nieskazitelny mundur, po czym strzepnęła niewidzialny pyłek z jego złotych epoletów. Ucieszył się, gdy zauważył, z jakim wysiłkiem cofnęła rękę. Zdumiało go, że nie wkradła się pomiędzy nich niezręczność nawet po tych wszystkich miesiącach. Żadnej kokieterii. Była absolutnie prostolinijna. Dziewczyna z jego wyobraźni znów ożyła.
– Wyglądasz wspaniale – powiedziała.
– Nie… nie mogę zostać – odparł. – Za dziesięć minut zaczynamy.
– Wiem… Le Carrousel wygląda fascynująco. Obejrzeliśmy motocyklistów i paradę czołgów. Ale ty, Henri, ty i konie to zdecydowanie największa atrakcja. – Obejrzała się ku arenie. – Chyba cała Francja zjawiła się tutaj, by cię zobaczyć.
– Masz… les billets?
Spojrzeli na siebie, marszcząc brwi. Bariera językowa nadal istniała pomimo ich wysiłków.
– Billets… – Pokręcił głową poirytowany. – Bilety. Bilety. Najlepsze bilety.
Rozpromieniła się, a jego irytacja od razu się ulotniła.
– O tak. Edith, jej matka i ja siedzimy w pierwszym rzędzie. Nie mogą się doczekać, by cię zobaczyć na koniu. Powiedziałam im o tobie wszystko. Zatrzymaliśmy się w Château de Verrières. – Ściszyła głos do szeptu, choć nikogo nie było w pobliżu. – Jest bardzo wystawny. Wilkinsonowie mają mnóstwo pieniędzy. O wiele więcej niż my. Bardzo miło postąpili, zapraszając mnie.
Patrzył na nią, gdy mówiła. Rozpraszał go łuk Kupidyna na jej górnej wardze. Była tutaj. Jego dłonie w białych rękawiczkach otaczały jej twarz.
– Florence… – szepnął, znów ją całując. Jej skóra pachniała słońcem, choć zapadł już zmierzch. Było to upajające, jakby stworzono ją do tego, by emanowała ciepłem. – Każdego dnia tęsknię za tobą. Dawniej była tylko Le Cadre Noir. Teraz… nic nie jest dobre bez ciebie.
– Henri… – Pogłaskała go po policzku, wtulając się w niego.
Niemal zakręciło mu się w głowie.
– Lachapelle!
Odwrócił się gwałtownie. Didier Picart stał przy swoim koniu, stajenny przygotowywał siodło. Picart wkładał rękawiczki.
– Może jeśli zaczniesz poświęcać jeździe tyle uwagi, ile swojej angielskiej dziwce, w końcu do czegoś dojdziemy, co?
Florence nie znała francuskiego na tyle, by zrozumieć jego słowa, ale dostrzegła przelotny grymas na twarzy Picarta, który zdradził, że komentarz Francuza nie był pochlebny.
Henri to zauważył i ogarnął go znajomy gniew. Zacisnął zęby. Pokręcił głową, pragnąc przekazać Florence, że Picart to głupiec, który nic nie znaczy. Picart zachowywał się w ten sposób – obraźliwie, prowokacyjnie – od podróży do Anglii, podczas której Henri poznał Florence. Angielki nie mają klasy, krzyknął potem w kantynie. Henri wiedział, że te słowa są skierowane do niego. Nie potrafią się ubrać. Jedzą jak świnie przy korycie. Przespałyby się z każdym za kilka franków albo za równowartość pinta tego ich kwaśnego piwa.
Upłynęło wiele tygodni, zanim zrozumiał, że gniew Picarta niewiele ma wspólnego z Florence, za to wszystko z faktem, że jego miejsce w Le Cadre Noir zajął syn farmera. Nie żeby dzięki temu łatwiej się tego słuchało.
Głos Picarta niósł się po podwórzu:
– Podobno przy quai1 Lucien Gautier wynajmują pokoje na godziny. To chyba bardziej odpowiednie miejsce niż stajnie, n’est-ce pas2?
Henri zacisnął palce wokół dłoni Florence. Próbując zapanować nad sobą, odparł:
– Mógłbyś zostać ostatnim mężczyzną na ziemi, a ona wciąż byłaby dla ciebie za dobra, Picart.
– Nie słyszałeś, wieśniaku, że każda dziwka się zgodzi za odpowiednią cenę? – Picart uśmiechnął się znacząco, wsunął nieskazitelnie wypolerowany but w strzemię i wskoczył na konia.
Henri ruszył w jego stronę, lecz Florence go powstrzymała.
– Kochany… Chyba lepiej będzie, jak wrócę na miejsce – powiedziała, odsuwając się. – Musisz się przygotować. – Zawahała się, po czym stanęła na palcach i pocałowała go raz jeszcze, szczupłą bladą dłonią obejmując jego kark.
Wiedział, co próbuje zrobić: pragnęła odwrócić jego uwagę od trucizny Picarta. Udało jej się – mógł czuć tylko radość, gdy jej wargi spoczywały na jego wargach. Uśmiechnęła się.
– Bonne chance, écuyer3.
– Écuyer! – powtórzył, natychmiast zapominając o Picarcie. Wzruszyło go, że pod jego nieobecność nauczyła się właściwego terminu oznaczającego jeźdźca.
– Uczę się!
Posłała mu pocałunek z figlarnym błyskiem i obietnicą w oku, po czym zniknęła. Jego Angielka biegła przez długie stajnie, a jej obcasy stukotały na bruku.
Le Carrousel, doroczny festiwal wojskowy, tradycyjnie już oznaczał koniec roku treningowego dla młodych oficerów kawalerii z Saumur. Jak zwykle w ten lipcowy weekend w średniowiecznym miasteczku roiło się od gości spragnionych widoku nie tylko promocji młodych kawalerzystów, lecz także tradycyjnych pokazów jeździeckich, akrobatyki motocyklowej i parady czołgów, których kadłuby wciąż jeszcze były poznaczone wojennymi bliznami.
Był rok 1960. Stara gwardia ustępowała pod naporem kultury masowej, zmieniających się norm i Johnny’ego Hallydaya, lecz w Saumur jeszcze się tego nie czuło. Doroczny pokaz w wykonaniu dwudziestu dwóch elitarnych francuskich jeźdźców, zarówno wojskowych, jak i cywilów, którzy tworzyli Le Cadre Noir, stanowił najważniejsze wydarzenie weekendu Le Carrousel – bilety zawsze wyprzedawały się w ciągu paru dni. Kupowała je miejscowa społeczność, ci, którym wpojono szacunek dla francuskiego dziedzictwa, oraz – z bardziej przyziemnych pobudek – wszyscy zaintrygowani plakatami rozklejonymi w całej Dolinie Loary, które obiecywały „Majestatyczność, tajemnicę i konie przeczące prawom grawitacji”.
Le Cadre Noir powstała niemal dwieście pięćdziesiąt lat temu, po tym jak wojny napoleońskie zdziesiątkowały francuską kawalerię. Aby odbudować to, co kiedyś uważano za elitarną formację, utworzono szkołę w Saumur, mieście będącym domem dla akademii jeździeckiej już w szesnastym wieku. To właśnie tutaj zebrano korpus instruktorów wyselekcjonowany z najlepszych szkół jeździeckich w Wersalu, Tuileries i Saint-Germain, aby przekazywali oni najwspanialsze tradycje jeździectwa nowemu pokoleniu oficerów, zapoczątkowując nową tradycję.
Wraz z nastaniem czołgów i zmechanizowanych maszyn wojennych Le Cadre Noir stanęła w obliczu pytań o celowość istnienia tej tajemnej organizacji. Od wielu dekad jednak żaden rząd nie czuł się władny rozwiązać akademii, która stała się częścią francuskiego dziedzictwa. Jeźdźcy w czarnych mundurach stanowili ikony, a Francja, ojczyzna L’Académie Française, haute cuisine i haute couture, zawsze rozumiała znaczenie tradycji. Sami jeźdźcy, uznając, że najlepszy sposób na przetrwanie to stworzenie dla siebie nowej roli, poszerzyli swoje kompetencje: poza kształceniem kawalerzystów szkoła otworzyła podwoje, by pokazać wyrafinowane umiejętności swych adeptów i wspaniałe konie masowej publiczności we Francji i za granicą.
W takiej Le Cadre Noir znajdował się obecnie Henri Lachapelle, a pokaz tego wieczoru miał największe znaczenie symboliczne w całym roku, odbywał się bowiem w domu i stanowił szansę zademonstrowania zdobytych ciężką pracą umiejętności przyjaciołom i rodzinie. Powietrze pachniało karmelem, winem i fajerwerkami, a od tysięcy spokojnie poruszających się ciał bił żar. Wokół placu du Chardonnet, w sercu École de Cavalerie i jej eleganckich, miodowych budynków przelewały się tłumy. Odświętny nastrój pogłębiały jeszcze lipcowy upał, nieruchome wieczorne powietrze, atmosfera napiętego wyczekiwania. Dzieci biegały w kółko z balonami i watą cukrową na patyku, a ich rodzice gubili się w tłumie otaczającym stragany, na których sprzedawano papierowe wiatraki i wino musujące, bądź też przechadzali się w roześmianych grupach po moście i wśród kawiarni po północnej stronie. Towarzyszył im niski pomruk podekscytowania wydobywający się z gardeł tych, którzy już zajęli miejsca wokół Grand Manège, rozległej, wysypanej piaskiem areny, i teraz czekali niecierpliwie, wachlując się i pocąc w blednącym świetle dnia.
– Attends!4
Słysząc ten okrzyk, Henri poprawił siodło i uzdę, po raz piętnasty zapytał dresseur, czy jego mundur dobrze leży, po czym pogłaskał chrapy Gerontiusa, swojego konia, podziwiając wąskie warkocze wstążek, które stajenny wplótł w lśniącą grzywę, i mrucząc słowa pochwały i otuchy w elegancko przycięte uszy zwierzęcia. Gerontius miał siedemnaście lat, według standardów akademii był już staruszkiem i wkrótce miał odejść na emeryturę. Towarzyszył Henriemu od pierwszego dnia w Le Cadre Noir trzy lata temu. Od razu połączyło ich żarliwe uczucie. Tutaj, w obrębie starych murów szkoły, młodzi mężczyźni często całowali chrapy swoich rumaków i szeptali im słówka tak czułe, że wstydziliby się je wypowiedzieć pod adresem kobiety.
– Vous êtes prêt?5 – Grand Dieu, główny jeździec, sunął środkiem areny treningowej w otoczeniu innych écuyers. Pozłacany mundur i trójgraniasty kapelusz stanowiły dowody jego wysokiej rangi. Stanął przed młodymi jeźdźcami i ich pobudzonymi końmi. – To, jak wiecie, jest najważniejsze wydarzenie naszego roku. Ceremonia ta ma już ponad sto trzydzieści lat, a tradycje naszej szkoły sięgają jeszcze dalej, aż do Ksenofonta i epoki starożytnych Greków. Tak wiele w otaczającym nas dzisiaj świecie domaga się zmiany, odrzucenia starych dróg i pościgu za tym, co swobodne i łatwe. Le Cadre Noir wierzy, że wciąż istnieje miejsce dla elity, dla umiłowania doskonałości ponad wszystko. Dzisiaj jesteście ambasadorami pokazującymi, że prawdziwy wdzięk, prawdziwe piękno może być rezultatem tylko dyscypliny, cierpliwości, solidarności i wyrzeczenia. – Rozejrzał się wokół. – Nasza sztuka umiera w chwili stworzenia. Sprawmy, by ludzie z Saumur poczuli się zaszczyceni, że mogli uczestniczyć w takim spektaklu.
Rozległ się pomruk aprobaty, a potem jeźdźcy zaczęli dosiadać koni. Poprawiali czapki, ścierali niewidoczne plamy z butów – wykonywali te wszystkie drobne gesty, które pomagają zwalczyć zbliżającą się tremę.
– Jesteś gotowy, Lachapelle? Denerwujesz się?
– Nie, sir. – Henri wyprostował się, czując na sobie wzrok przełożonego, który próbował doszukać się skaz na jego mundurze. Wiedział, że jego udawany spokój zdradza pot spływający po skroniach na sztywną stójkę kołnierza.
– To żaden wstyd odczuwać przypływ adrenaliny podczas pierwszej Carrousel – oświadczył starszy mężczyzna, głaszcząc kark Gerontiusa. – Ten staruszek cię poprowadzi. Wykonasz capriole podczas pokazu drugiej grupy. A potem la croupade na grzbiecie Phantasme. D’accord6?
– Tak jest, sir.
Henri wiedział, że maîtres écuyers nie byli jednogłośni w swojej decyzji o powierzeniu mu tak znaczącej roli w dorocznym przedstawieniu, pamiętali bowiem o jego wątpliwych osiągnięciach w ostatnich miesiącach, o kłótniach oraz o jego rzekomym i katastrofalnym braku dyscypliny… Jego stajenny zdradził mu, o czym mówiło się w siodlarni: że jego buntownicza natura niemal kosztowała go miejsce w Le Cadre Noir.
Nawet nie próbował się bronić. Jak miał bowiem wytłumaczyć tę gigantyczną zmianę, która w nim zaszła? Jak miał im powiedzieć, że dla niego, mężczyzny, który nigdy nie słyszał czułego słowa ani nie czuł delikatnego dotyku, jej głos, jej dobroć, jej piersi, jej zapach i włosy okazały się nie tylko miłą odmianą, lecz wręcz obsesją o wiele potężniejszą niż intelektualne traktaty opisujące niuanse sztuki ujeżdżania?
Dzieciństwo Henriego Lachapelle’a upłynęło pod znakiem chaosu i nieładu oraz dominującego ojca. Szczytem wyrafinowania była butelka wina za dwa franki, a każdy wysiłek nauczenia się czegoś był wyszydzany. Zaciąg do kawalerii okazał się dla Henriego ostatnią deską ratunku, a awanse, które zaowocowały zdobyciem prestiżowego miejsca w Le Cadre Noir, szczytem marzeń każdego mężczyzny. W wieku dwudziestu pięciu lat po raz pierwszy poczuł, że ma dom.
Był wyjątkowo utalentowany. Lata spędzone na farmie nauczyły go ciężkiej pracy. Miał predyspozycje do radzenia sobie z trudnymi końmi. Mówiło się nawet, że pewnego dnia zostanie maître écuyer, a może nawet kolejnym Grand Dieu. Żył w przekonaniu, że rygor, dyscyplina, czysta radość i satysfakcja płynące z nauki wystarczą mu na resztę życia.
Aż w końcu Florence Jacobs z Clerkenwell, która nawet nie lubiła koni, lecz skorzystała z darmowego biletu na przedstawienie francuskiej akademii jazdy w Anglii, zniszczyła to wszystko – jego spokój umysłu, jego determinację, jego cierpliwość. Gdyby spotkał ją później, nabywszy perspektywy, która przychodzi tylko z wiekiem, mógłby sobie wytłumaczyć, że taka namiętność to nieodłączna cecha pierwszej miłości, że ta burza uczuć ucichnie, a może nawet zniknie. Ale Henri – samotnik niemający wielu przyjaciół, którzy mogliby posłużyć mu taką mądrą radą – wiedział tylko, że od chwili, gdy zobaczył ciemnowłosą dziewczynę, która oglądała przedstawienie z szeroko otwartymi oczami przez trzy wieczory z rzędu, nie może przestać o niej myśleć. Przedstawił się jej, choć sam nie wiedział, dlaczego w ogóle odszukał ją po widowisku, a potem każda minuta bez niej wpędzała go w rozdrażnienie lub gorzej: była jak spadanie w nieskończoną, bezsensowną otchłań. Jakie znaczenie mogła więc mieć cała reszta?
Jego determinacja wyparowała w ciągu jednej nocy. Po powrocie do Francji zaczął kwestionować doktrynę, irytowały go detale, które uważał za nieistotne. Zarzucił Devaux, jednemu ze starszych maître écuyer, że ten utknął w przeszłości. Dopiero gdy zignorował trzecią sesję treningową z rzędu, a jego stajenny ostrzegł go, że grozi mu wydalenie, uświadomił sobie, że musi się wziąć w garść. Studiował Ksenofonta, stopniowo przyswajając jego metodę. Trzymał się z dala od kłopotów. Coraz częstsze listy od Florence, która obiecywała, że odwiedzi go latem, podnosiły go na duchu. Po kilku miesiącach, chyba w nagrodę, przyznano mu kluczową rolę w Le Carrousel: zastąpił Picarta w la croupade – jednym z najtrudniejszych manewrów, jakie może wykonać jeździec – co jeszcze pogłębiło urazę już odczuwaną przez uprzywilejowanego młodego mężczyznę.
Grand Dieu dosiadł swojego konia, potężnego portugalskiego ogiera, po czym wykonał na nim dwa eleganckie kroki w stronę Henriego.
– Nie zawiedź mnie, Lachapelle. Potraktujmy ten wieczór jako nowy początek.
Henri pokiwał głową, nie znajdując słów przez nagły atak zdenerwowania. Dosiadł konia, chwycił wodze i poprawił czarny kapelusz na ostrzyżonych na krótko włosach. Słyszał pomruki tłumu, po których zapadła pełna wyczekiwania cisza, gdy orkiestra zagrała kilka próbnych nut – ten rodzaj głębokiej ciszy, która może towarzyszyć tylko tysiącowi oczekujących na coś w napięciu osób. Jak przez mgłę docierały do niego życzenia powodzenia, które składali sobie jego towarzysze, aż w końcu poprowadził Gerontiusa na miejsce w środku ustawionych w wojskowym, równym szyku, błyszczących, ozdobionych wstążkami koni. Jego rumak niecierpliwił się w oczekiwaniu na pierwszy rozkaz, gdy ciężka czerwona kurtyna podniosła się, zapraszając ich na zalaną światłem arenę.
Choć na pierwszy rzut oka dwudziestu dwóch jeźdźców zachowywało pozory spokoju i uporządkowania, a ich publiczne wystąpienia były pełne lekkości i wdzięku, życie w Le Cadre Noir stanowiło wyzwanie zarówno fizyczne, jak i intelektualne. Henri Lachapelle codziennie czuł się wyczerpany; do łez frustracji doprowadzały go niekończące się krytyczne uwagi maîtres écuyers i fakt, że nie potrafił przekonać ogromnego, bardzo nerwowego konia do wykonywania figur nad ziemią według wyśrubowanych standardów szkoły. Na własnej skórze odczuwał, nawet jeśli nie potrafił tego udowodnić, uprzedzenia wobec tych, którzy wstępowali do elitarnej szkoły z szeregów armii, jak on, a nie drogą rywalizacji w zawodach dla cywilów, tak jak pochodzący z wyższych sfer członkowie francuskiej socjety, którym od początku towarzyszył luksus posiadania doskonałych koni i czasu na wypracowanie tych umiejętności. W teorii w Le Cadre Noir wszyscy byli równi, odróżniali się od siebie tylko zręcznością na końskim grzbiecie. Henri miał jednak świadomość, że egalitaryzm kończy się na jednakowych mundurach z serży.
Mimo to powoli, miarowo, pracując od szóstej rano do późnego wieczora, parobek z Tours zbudował sobie reputację osoby, która nie boi się wysiłku i ma rękę do najtrudniejszych koni. Henri Lachapelle, jak zauważali maîtres écuyers, patrząc na niego spod daszków czarnych czapek, ma „spokojny dosiad”. Jest sympathique7. To właśnie z tego powodu oprócz swojego ukochanego Gerontiusa otrzymał także Phantasme, wybuchowego, młodego stalowoszarego wałacha, któremu wystarczyła najbłahsza wymówka, aby zachować się katastrofalnie. W głębi ducha Henri przez cały tydzień obawiał się skutków decyzji obsadzenia Phantasme w takiej roli. Teraz jednak, gdy spoczywał na nim wzrok tłumu, melodyjne piękno smyczków wypełniało jego uszy, a miarowy krok Gerontiusa kołysał nim lekko, poczuł się nagle uskrzydlony, jak u Ksenofonta. Czuł na sobie pełen podziwu wzrok Florence, wiedział, że później jego wargi dotkną jej skóry, i dzięki temu dosiadł konia jeszcze głębiej, jeszcze bardziej elegancko, kierując rumakiem weteranem z taką lekkością, że kształtne uszy zwierzęcia aż zastrzygły z rozkoszy. Do tego właśnie zostałem stworzony, pomyślał z wdzięcznością. Wszystko, czego potrzebuję, jest tutaj. Widział płomienie pochodni migoczące na ścianach i wiekowych filarach, słyszał rytmiczne uderzenia końskich kopyt, które współgrały ze sobą wokół niego. Cwałował w formacji wokół maneża zatracony w chwili, świadomy tylko konia, który tak pięknie się pod nim poruszał, i stukotu jego kopyt, który budził w nim radość. Stary rumak się popisywał.
– Siedź prosto, Lachapelle. Dosiadasz konia jak wieśniak.
Zamrugał, zerkając na Picarta, który jechał obok niego ramię w ramię.
– Co się tak wiercisz? Twoja dziwka cię czymś zaraziła? – syknął pod nosem Picart.
Henri już miał coś powiedzieć, lecz powstrzymał się, gdy Grand Dieu zawołał:
– Levade!
Na tę komendę jeźdźcy ustawili swoje konie na tylnych nogach, wywołując burzę oklasków.
Gdy konie znów uderzyły przednimi kopytami o ziemię, Picart się odwrócił, ale jego głos wciąż był wyraźnie słyszalny.
– Ona też pieprzy się jak wieśniaczka?
Henri przygryzł wargę od wewnątrz, zmuszając się do zachowania spokoju. Nie mógł pozwolić, by jego gniew spłynął przez lejce na obdarzonego słodką naturą konia. Słyszał, jak prezenter objaśnia szczegóły techniczne ruchów jeźdźców, i próbował zebrać myśli, by słowa mogły przez niego przeniknąć. Pod nosem powtórzył radę Ksenofonta: „Gniew osłabia skuteczną komunikację z koniem”. Nie zamierzał pozwolić, by Picart popsuł mu ten wieczór.
– Mesdames et messieurs8, a teraz pośrodku areny zobaczycie, jak monsieur de Cordon wykonuje lewadę. Zwróćcie uwagę, jak koń balansuje na tylnych nogach dokładnie pod kątem czterdziestu pięciu stopni.
Henri niemal nie zauważył czarnego konia stającego dęba gdzieś za nim ani nagłej burzy oklasków. Zmusił się do tego, by się skupić i przykuć uwagę Gerontiusa. Wciąż jednak myślał o minie Florence, gdy Picart wykrzyczał swoje obsceniczne uwagi tuż obok niej, i o niepokoju, który przemknął po jej twarzy. A jeśli znała francuski lepiej, niż deklarowała?
– A teraz zobaczycie Gerontiusa, jednego z naszych starszych koni, który wykona kapriolę. Ta figura należy do najbardziej wymagających zarówno dla konia, jak i jeźdźca. Koń wybija się w górę i będąc jeszcze w powietrzu, wyrzuca obie tylne nogi do tyłu.
Henri zwolnił, koordynując opór własnych dłoni z szybkimi ruchami ostróg. Poczuł, że koń zaczyna się pod nim kołysać w terre à terre9, stacjonarnym, miarowym ruchu, który budował pod nim moc. Już ja im pokażę, pomyślał, a potem dodał: pokażę jemu.
Wszystko inne zniknęło. Pozostał tylko on i dzielny stary koń rosnący w siłę. Zawołał Derrière!10, zbliżył rękę z pejczem do końskiego zadu, wbił ostrogi w brzuch zwierzęcia i Gerontius poszybował w górę, w powietrze, wyrzucając tylne nogi poziomo za siebie. Nagle rozbłysły oślepiające flesze, z wszystkich stron rozległy się okrzyki zachwytu i oklaski, a Henri pocwałował ku czerwonej kurtynie, po drodze zerkając na Florence, która również wstała, by bić mu brawo. Jej wargi rozciągały się w dumnym uśmiechu.
– Bon! C’était bon!11 – Już zsuwał się z grzbietu Gerontiusa, masując dłonią końskie łopatki. Dresseur odprowadził konia. Jak przez mgłę docierały do niego okrzyki aprobaty, a potem zmiana tempa muzyki na arenie i widok dwóch innych écuyers za czerwoną kurtyną, którzy wykonywali własne manewry, prowadząc konie na długich uzdach.
– Phantasme jest bardzo zdenerwowany. – Stanął przed nim stajenny, który z troską zmarszczył grube czarne brwi. Udzielił nagany szaremu rumakowi, który kręcił się wokół nich. – Uważaj na niego, Henri.
– Poradzi sobie – odparł Henri z roztargnieniem, podnosząc czapkę, by otrzeć pot z czoła.
Stajenny wręczył uzdę czekającym za nim jeźdźcom, po czym odwrócił się do Henriego i ostrożnie zdjął mu czapkę. Ten manewr wykonywało się z odkrytą głową, aby uniknąć ryzyka związanego z tym, że czapka może się zsunąć, ale bez niej Henri zawsze czuł się osobliwie obnażony.
Spojrzał na stalowoszarego wałacha, który wkroczył na arenę z szyją ciemną od potu, z obu stron otoczony ludźmi.
– Idź. No już. Idź. – Dresseur otrzepał tył jego kurtki, po czym wepchnął go na arenę.
Konia otaczali trzej écuyer – dwaj z przodu i jeden z tyłu.
Henri stanął w powodzi świateł, żałując nagle, że nie czuje obok siebie uspokajającej obecności zwierzęcia.
– Bonne chance!12 – usłyszał jeszcze głos stajennego, zanim zagłuszył go aplauz.
– Mesdames et messieurs, voilà la croupade13, która wywodzi się z siedemnastowiecznej kawalerii, kiedy to była traktowana jak sprawdzian umiejętności kawalerzysty utrzymania się w siodle. Trzeba czterech, a nawet pięciu lat, by opanować ten manewr. Monsieur Lachapelle będzie dosiadał Phantasme bez lejców i bez strzemion. Manewr ten, sięgający korzeniami czasów greckich, wymaga o wiele więcej od jeźdźca niż od konia. Dla niektórych to bardziej elegancka wersja rodea.
Rozległ się śmiech. Henri, na wpół oślepiony światłami, zerknął na Phantasme, który przewracał białkami oczu z mieszaniną zdenerwowania i ledwie skrywanej furii. Będąc z natury koniem akrobatą, nie lubił, gdy trzymało się go stanowczo za łeb, a hałas, odgłosy i zapachy La Carrousel zdawały się jeszcze pogarszać jego już zły humor.
Henri dotknął spiętych łopatek konia.
– Sza – wymruczał. – Już dobrze. Już dobrze.
Kątem oka zauważył, że Duchamp i Varjus, dwaj mężczyźni z przodu, uśmiechają się przelotnie. Obaj byli doświadczonymi jeźdźcami i od razu wyczuli zmianę nastroju zwierzęcia.
– Dosiądź go głębiej, co? – doradził Varjus z uśmiechem, podsadzając go. – Un, deux, trois…14 Hop.
Koń emanował napięciem. To dobrze, powiedział sobie Henri, prostując się w siodle. Adrenalina doda mu wysokości. Będzie to lepiej wyglądało w oczach tłumu i w oczach Grand Dieu. Zmusił się, by głęboko oddychać. Dopiero gdy zaplótł dłonie na krzyżu w tradycyjnej pasywnej postawie, która zawsze kojarzyła mu się nieprzyjemnie z pojmanym zbiegiem, opuścił wzrok i uświadomił sobie, kogo ustawiono przy zadzie Phantasme.
– Może się przekonamy, jakim jeźdźcem naprawdę jesteś, Lachapelle? – powiedział Picart.
Henri nie miał czasu na odpowiedź. Wyciągnął nogi jak najdalej i zacisnął dłonie w rękawiczkach za plecami. Usłyszał, jak prezenter dodaje coś jeszcze, i poczuł aurę wyczekiwania na arenie.
– Attends15.
Varjus obejrzał się za siebie. Terre à terre już pod nim narastał.
– Un, deux, derrière!16
Poczuł, jak w koniu wzmaga się chęć wykonania manewru, usłyszał nagły trzask bicza, którym Picart uderzył rumaka w zad. Phantasme wierzgnął, stanął dęba na przednich nogach, a Henri poleciał do przodu smagnięty batem, z trudem utrzymując dłonie za plecami. Koń odzyskał równowagę, a wokół rozległy się oklaski.
– Nieźle, Lachapelle – usłyszał pomruk Varjusa stojącego przy piersi Phantasme.
I nagle, zanim zdołał się przygotować, znów usłyszał Derrière! Tylne nogi Phantasme wyrzuciły go w górę i do przodu, i tym razem musiał rozłożyć ręce na boki, by utrzymać równowagę.
– Nie tak szybko, Picart. Wysadzisz go z siodła.
Zdezorientowany Henri usłyszał poirytowany głos Varjusa i ledwie wstrzymywany kwik bólu konia, gdy jego grzbiet napiął się pod nim.
– Dwie sekundy. Dajcie mi dwie sekundy – mruknął, próbując się wyprostować. Zanim mu się to jednak udało, bicz znów trzasnął. Tym razem głośniej i z góry, sprawiając, że koń wierzgnął wyjątkowo mocno. Henri poczuł, że znów leci do przodu, a odległość pomiędzy nim a siodłem zaczęła gwałtownie, niepokojąco rosnąć.
Phantasme rzucił się w bok wściekły, a stojący z przodu jeźdźcy z trudem go utrzymali. Varjus syknął coś, czego Henri nie usłyszał. Byli już blisko czerwonej kurtyny. Zauważył Florence w żółtej sukience, widział jej konfuzję i niepokój. A potem rozległo się:
– Enfin! Derrière!17
Zanim zdołał się poprawić, bicz znów trzasnął za nim. Znów poleciał do przodu, wyginając plecy, a Phantasme, rozwścieczony nierozsądnym użyciem pejcza, zaczął się ciskać do przodu i na boki, aż Henri w końcu stracił równowagę. Przesunął się na pleciony grzebień szyi, przewrócił do góry nogami, sięgnął grzywy, lecz koń znów stanął dęba, a wtedy Henri – z głośnym stęknięciem – uderzył o ziemię.
Leżał tam, niemal nie zauważając poruszenia na arenie: przeklinającego Varjusa, protestującego Picarta, śmiejącego się prezentera. Gdy uniósł głowę z piasku, usłyszał słowa:
– I proszę bardzo. Bardzo trudny manewr do usiedzenia. W przyszłym roku będzie lepiej, prawda, monsieur Lachapelle? Widzicie, mesdames et messieurs, czasami trzeba ćwiczyć wiele, wiele lat, by osiągnąć bardzo wysokie standardy maître écuyer.
Usłyszał un, deux, trois i nagle znów znalazł się przy nim Varjus, sykiem nakazując mu, by na powrót dosiadł konia. Spojrzał na siebie i zauważył, że jego nieskazitelny czarny mundur jest cały pokryty piaskiem. Dosiadł konia i razem obeszli arenę przy wtórze współczujących oklasków. Najboleśniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszał. Był otępiały z szoku. Widział, że Varjus i Picart kłócą się szeptem, ale prawie ich nie słyszał przez szum krwi w uszach.
– Co to było? – Varjus kręcił głową. – Nikt jeszcze nigdy nie upadł podczas la croupade. Przez ciebie wyszliśmy na głupców.
Dopiero po chwili Henri uświadomił sobie, że Varjus mówi do Picarta.
– Nie moja wina, że jedyne, co Lachapelle potrafi ujeżdżać, to jego angielska dziwka.
Henri zsunął się z końskiego grzbietu i podszedł do Picarta. Dzwoniło mu w uszach. Nie był nawet świadom, że zadał pierwszy cios, usłyszał tylko głośny chrzęst swoich knykci na zębach mężczyzny i niemal natychmiast odczuł satysfakcję płynącą z tego dźwięku i fizycznej świadomości, że coś zostało złamane, zanim jeszcze ból uświadomił mu, że mogła to być jego ręka.
Konie zarżały i rozpierzchły się. Mężczyźni krzyczeli. Picart leżał na piasku z dłonią przyciśniętą do twarzy i oczami zogromniałymi z szoku. W końcu podniósł się i rzucił na Henriego, staranował go głową, pozbawiając go tchu. Taki ruch mógłby powalić większego mężczyznę, a Henri miał tylko metr siedemdziesiąt wzrostu, ale pomogło mu dzieciństwo, podczas którego takie bójki były powszechne, oraz sześć lat w Gwardii Narodowej. Po kilku sekundach siedział na Picarcie i okładał pięściami jego twarz, policzki i tors z wściekłością, która wzbierała w nim od kilku miesięcy.
Jego knykcie napotkały coś twardego i skóra na nich pękła. Jego lewe oko spuchło na skutek brutalnego ciosu. Miał piasek w ustach. A potem jakieś ręce zaczęły go odciągać, bić, rugały go uniesione z niedowierzania głosy.
– Picart! Lachapelle!
Mgła spowijająca jego wzrok rozwiała się, wstał, plując i chwiejąc się. Ktoś chwycił go za ramiona, jego uszy wciąż wypełniało smyczkowe adagio rozlegające się za kurtyną. Grand Dieu stał przed nim z twarzą czerwoną z gniewu.
– Co. To. Do cholery. Jest?
Henri pokręcił głową, zauważając przy tym rozpraszające się kropelki krwi.
– Sir… – Dyszał ciężko, dopiero teraz uświadamiając sobie powagę swojego błędu.
– Le Carrousel! – syknął Grand Dieu. – Uosobienie powagi i godności. Dyscypliny. Gdzie twoja samokontrola? Obaj okryliście nas hańbą. Wracaj do stajni. Ja mam występ do dokończenia.
Grand Dieu dosiadł konia, gdy obok przemknął Picart, przyciskając chusteczkę do poszarzałej twarzy. Henri odprowadził go wzrokiem. Powoli docierało do niego, dlaczego za kurtyną panuje taka osobliwa cisza. Oni wszystko widzieli, uświadomił sobie z przerażeniem. Wiedzą.
– Dwie drogi. – Grand Dieu spojrzał na niego z grzbietu portugalskiego rumaka. – Dwie drogi, Lachapelle. Powiedziałem ci ostatnim razem. To był twój wybór.
– Nie mogę… – zaczął mówić.
Grand Dieu wyjechał już jednak na skąpaną w powodzi świateł arenę.
We wspólnym rytmie
Dobry jeździec wie, że ma tylko jedną szansę, aby zaskarbić sobie szacunek konia. Wie też, że przez jeden wybuch gniewu może na zawsze stracić jego zaufanie. Konia można bowiem skrzywdzić tylko raz. Potem latami odbudowuje się zerwaną relację. Z ludźmi bywa podobnie… Świat Natashy rozsypał się wraz z odejściem męża. Gniew i zraniona duma popchnęły ją do zrobienia rzeczy, któryc...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio