Cofnęła się i przesunęła wzrokiem od jego czarnej czapki z daszkiem po nieskazitelny mundur, po czym strzepnęła niewidzialny pyłek z jego złotych epoletów. Ucieszył się, gdy zauważył, z jakim wysiłkiem cofnęła rękę. Zdumiało go, że nie wkradła się pomiędzy nich niezręczność nawet po tych wszystkich miesiącach. Żadnej kokieterii. Była absolutnie prostolinijna. Dziewczyna z jego wyobraźni znów ożyła.
– Wyglądasz wspaniale – powiedziała.
– Nie… nie mogę zostać – odparł. – Za dziesięć minut zaczynamy.
– Wiem… Le Carrousel wygląda fascynująco. Obejrzeliśmy motocyklistów i paradę czołgów. Ale ty, Henri, ty i konie to zdecydowanie największa atrakcja. – Obejrzała się ku arenie. – Chyba cała Francja zjawiła się tutaj, by cię zobaczyć.
– Masz… les billets?
Spojrzeli na siebie, marszcząc brwi. Bariera językowa nadal istniała pomimo ich wysiłków.
– Billets… – Pokręcił głową poirytowany. – Bilety. Bilety. Najlepsze bilety.
Rozpromieniła się, a jego irytacja od razu się ulotniła.