Wiktor dostrzegł kątem oka, że Chyłka obraca głowę w kierunku okna. Na zewnątrz szalała zamieć, zadymka była tak duża, że nie sposób było dostrzec niczego poza śniegiem tłukącym o szyby. Niknęła w nim jakakolwiek wiara w to, że ludzie zamknięci w schronisku się uratują.
Mężczyzna z bronią wiedział, że wszyscy są na jego łasce. Nawet gdyby komuś udało się zaalarmować służby, te nie miałyby tu jak dotrzeć w najbliższym czasie. Szlaki były zasypane, drogi nieprzejezdne, a śmigłowiec nie mógłby nawet zbliżyć się do Tatr.
Być może to sprawiło, że zamachowiec odszedł w stronę innych turystów.
Chyłka natychmiast skorzystała z okazji.
– Co robimy? – rzuciła cicho, pospiesznie.
Komisarz nie odpowiedział.
– Forst, kurwa mać – syknęła.
– Hej! – krzyknął mężczyzna z bronią, a Joanna natychmiast skierowała wzrok przed siebie.
Znów się do nich zbliżył, popatrzył na nich z góry, po czym wycelował prosto między oczy Chyłki. Ta w naturalnym odruchu je zamknęła, szybko jednak zmusiła się do tego, by podnieść powieki. I spojrzeć na człowieka, który był gotów ją zabić.
Milczenie się przeciągało, nabierając niemożliwego do wytrzymania ciężaru.
– Cisza – rzucił zamachowiec.