Szykuj, przynagla dziadek, bo jeszcze ten różaniec babka trzyma w rękach. I oto zaczyna się rola babki, jakby jej od wieków przypisana. Z głębokim westchnieniem babka wstaje, idzie do kredensu i wydostaje blaszane talerze. Gdyby się nawet nie wiedziało, że już pora obiadu, brzęk tych talerzy przypomniałby o tym. Te talerze są jak krążki wyblakłego nieba, ni niebieskie, ni szare, a na dnie każdego czerwieni się duży kwiat z czarnym okiem pośrodku, otoczony po brzegach wiankiem mniejszych kwiatków, takich samych czerwonych z czarnymi oczkami. Stare są, co widać po poobijanych śladach. W jednym nawet dziurka wyskoczyła i babka przewlekła przez nią kawałek gałganka. Nikt nie chce w tym talerzu jeść, więc przy swoim miejscu na stole go stawia. Dawno jakoś nie było druciarza we wsi, zalutowałby albo nita dał, i babka ciągle go wygląda. Dobry jeszcze talerz, gdzie masz teraz takie talerze, bo wszyscy każą babce go wyrzucić.