Wujka Władka ten lis aż podrzuca. Czyś ty, chlero jasna, rozum postradała? I gdzie byś w tym lisie chodziła? Po wsi? Żeby żandarm się przyczepił, skąd masz lisa, i mnie za dupę potem? Albo żeby nas ludzie obgadali, żeśmy się zbogacili i może na Żydach jeszcze? Chryste Panie! No, nie durne to? Człowiek dnia ani godziny niepewny, a ta lisa! Lisa jej się zachciało! I dając upust wezbranej wściekłości, przedrzeźnia wujenkę Martę. Lisa! Lisa! Pójdziesz, Władziu? Sakramencka! Żyły wypruwasz na doktorów, to o tym nie pomyśli. Skąd wziąć na lekarstwa, nie pomyśli. Tylko lisa! Lisa idź jej złap!
Wujence Marcie oczy zachodzą szkliście, przysiada w milczeniu na ławie pod oknem i bierze się za wyszywanie makatki. Dobra gospodyni smaczną strawę czyni. W niedzielę wyszywasz? Mówi znad różańca babka. W niedzielę grzech. A wujek Władek długo jeszcze nie może darować jej tego lisa. Lisa! Lisa!