Dziadków musiał nieraz aż popychać, ciągnąć, bo już odmawiali posłuszeństwa i woleliby, żeby ich zastrzelił. A ten, że niedobrze tu, lepiej będzie tam, i znów ich gnał. Albo tam. Może tam, jak ten prześwit, to wyjdzie i kawałek sadu. Choć jaki tam sad mieli Madeje. Trzy gruszki na krzyż z dwiema jabłonkami i jedną śliwkę sralkę. Prócz tego kilka drzew uschniętych, których nie miał od lat kto ściąć i wykopać.
A gdy dobił z nimi do takiego miejsca, że wreszcie uśmiech pojawił się na jego twarzy, to ich jeszcze czochrał, obszarpywał ubrania na nich, przesuwał tych do tyłu, tych do przodu, zamieniał tych na tych, tym kazał kucnąć, tamtym ścieśnić się, innym się wyciągnąć, a innym do ziemi przypłaszczyć. Albo którejś z córek czy synowych pierś spod bluzki wydostać i udawać, że niby to karmi zawiniętego w chustkę na ręku bachora. Bo choć było bachorów u Madejów bez liku, to przeważnie wszystko już podrosłe. A jeszcze ich nieraz sklął, że niemrawo się ruszają i nie odgadują jego myśli.