Mam żarówiastą kredkę i jakiś świstek papieru. DOBRZE. Od tego zaczniemy. Uporządkujmy chaos. Doba ma dwadzieścia cztery godziny. Z tego siedem… osiem… No dobrze, dziewięć na sen, tak z zapasem. Plus drzemka po pracy. Wychodzi dziesięć i pół. Było kiedyś takie piwo, dziesięć i pół, jak byłam za mała, żeby pić. Ciekawe, czy wróciło, tak jak frugo. Może sprawdzę w interne… CICHO! OGARNIAM ŻYCIE. Praca – osiem… No, umówmy się, nie jestem mistrzem samodyscypliny. Siedem… Dam dla bezpieczeństwa sześć i pół. Razem ze snem to daje… Teraz by się Excel przydał… Siedemnaście. Od dwudziestu czterech odjąć siedemnaście… Czyli po kolejnych skomplikowanych obliczeniach na poziomie pierwszej klasy szkoły podstawowej wychodzi, że zostaje mi około siedmiu godzin na dobę, które mogłabym sensownie spożytkować.
Siedem godzin. Co ja robię tyle czasu? Mam zmywarkę, pralkę, jedzenie zamawiam przez internety, a pieluch żadnych – dzięki Ci, Boże – nie muszę zmieniać. CO JA ROBIĘ Z ŻYCIEM? Siedem godzin to dość czasu, żeby iść na basen czy inny fitness, wziąć prysznic, przeczytać mądrą książkę i wynaleźć lekarstwo na raka. Dwa razy.