Nie, coś jej podpowiadało, że to nie spacerowicz. On nie stał w krzakach onieśmielony wstydem, nie chodził po górach z miłości do Bieszczad. On stał tam jak drapieżca, przyczajony między gęstymi gałęziami, i mogła przysiąc, że się uśmiechał. I z całą pewnością, a tę dawał jej pracujący na najwyższych obrotach mózg, nie odczuwał przyjemności z obcowania z naturą, on szukał jej w całkiem innych miejscach, w takich, o których nie chciała niczego wiedzieć. „Gdy inni krzyczą, on się śmieje” – przebiegło jej przez myśl.
Kiedy ruszył w jej kierunku, było to tak gwałtowne, że aż wyrwał się z jej ust okrzyk zaskoczenia. Cofnęła się, odruchowo i bezwiednie, a ławka – dająca chwilę wytchnienia tysiącom turystów w ciągu roku – dla niej okazała się pułapką. Prostą, acz szalenie skuteczną, kiedy podcięła jej nogi.