Wyrżnęła na plecy, czując, jak powietrze ucieka jej z płuc. Natychmiast wstała, kompletnie nie rejestrując tego, co się jej stało i czy ma jakieś obrażenia. Nie słyszała także wiatru, bicia serca, nic do niej nie docierało oprócz dźwięku wydawanego przez gałęzie uderzające o ubranie.
On tu szedł.
Jej mózg wyrzucił kilka komunikatów. Prostych, ale trafnych.
Uciekniesz. Szybko biegasz, jesteś rozgrzana, nie ma szans cię dogonić.
Nie odwracaj się.
Biegnij.
Kurwa, BIEGNIJ!
Ruszyła posłuszna instynktowi, ale coś odwiecznego, skrytego w umyśle każdego człowieka kazało jej się jednak odwrócić. Choć na chwilkę, sekundkę, musiała potwierdzić, że zagrożenie jest realne, że to nie turysta, że on faktycznie wyszedł z lasu, bo przecież nie słyszała już innych dźwięków.
On tam był. Właściwie nie tam, tylko tutaj, może trzy metry od niej. Duży, barczysty, w zielonej kurtce, jaką nosili żołnierze, z czarną wełnianą czapką na głowie i zielonym kominem na twarzy. Uśmiechał się, była tego pewna.
Ona też się uśmiechnęła, tak odrobinkę i gdzieś na dnie duszy, bo czuła, że ucieknie.