Spadała, ale nie swobodnie; to nie był lot, ale raczej karkołomna podróż stromym zboczem. Drzewa, zmarznięta ziemia, gałęzie, kamienie. Co chwila słyszała jęk, trzask i najgorsza była świadomość, że te odgłosy wydaje jej własne ciało. Nagle wszystko ucichło, ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszała, był jej własny jęk.
Niebo wirowało, chociaż ona już leżała. Widziała strzeliste buki dotykające ołowianych chmur, bezlistne i upiorne z tej perspektywy.
Jej organizm wygaszał silniki i zaczął raportować uszkodzenia na pokładzie.
Najbardziej bolała prawa noga w stawie skokowym. Nie zdziwiłaby się, gdyby podniosła głowę i zobaczyła, że coś tam siedzi i zjada ją żywcem, bo ból był upiorny. Dobra wiadomość w tej sytuacji była taka, że skoro czuła ból, to nie złamała kręgosłupa.