Czuła też krew w ustach, ciężko się jej oddychało, słyszała jakiś świst przy wypuszczaniu powietrza. Ręce były potłuczone; podniosła dłonie: palce wszystkie, śródręcza całe. Chociaż tyle. Mogła chwytać, a to dawało nadzieję, że zdoła wyjąć z plecaka telefon i wybrać numer alarmowy. Obmacała brzuch, nie bolał, nie miała krwi na palcach. Jeszcze lepiej. Przetarła usta i zobaczyła krew na palcach, ale niewiele, pewnie przegryzła wargę.
Postanowiła stawić czoła najgorszemu i podnieść się na łokciach, spojrzeć na prawą stopę, której nieznośny ból świadczył o tym, że jest na miejscu i uprzejmie prosi o zajęcie się jej sprawami.
Mężczyzna!
Kurwa, nie zapominajmy o tym skurwysynie!
Rozejrzała się na boki, ale niczego nie zobaczyła, tylko las, trochę rzadszy w tym miejscu, możliwe, że spadła na jakiś szlak lub ścieżkę. Dwernik Kamień wznosił się po jej lewej stronie i był cholernie wysoki. O matko, ale miała jazdę, jakim cudem ona to przeżyła? Drzewa, gałęzie i krzaki, leciała przez to wszystko i cała ta dzika flora zamortyzowała jej upadek.