Poprawiła zapięcia małego plecaka z prowiantem, pas z dwoma bidonami, jeszcze raz rzuciła okiem na zegarek, nerwowym ruchem pomacała kieszeń z telefonem, upewniając się, że jest na miejscu, nacisnęła przycisk na zegarku uruchamiający pomiar aktywności i ruszyła. Jak zawsze to był najmniej przyjemny moment biegu; pierwsze trzy kilometry stanowiły dla niej męczarnię, organizm powoli przestawiał się z trybu codziennego na ten biegowy, przetrwalnikowy. Zawsze wizualizowała to sobie jako kolejne silniki odpalane w startującej rakiecie, najpierw te rozgrzewające paliwo, potem startowe, wreszcie rozpędzające, a na końcu te właściwie, które działały, dopóki trwał lot.
Początek trasy był prosty, wręcz nudny. Przebiegła wąskim asfaltem przez Zatwarnicę, w której miała bazę wypadową, potem skręciła w lewo, minęła most nad Hylatym, kolejne zabudowania, których było coraz mniej, aż w końcu pojawiło się pierwsze wzniesienie, którego pokonanie zaowocowało wzrostem tętna i pierwszym potem na plecach.