Odrzuciła komórkę na sofę i stłumiła przekleństwo, chociaż Kardasz niczemu nie była winna. Wahania nastroju i wszystko, co złe, Karla zrzucała na karb menopauzy, na niedobór tych cholernych estrogenów. Powinna się udać do ginekologa i uregulować gospodarkę hormonalną. Ale wciąż nie znajdowała na to czasu.
Odetchnęła głęboko i upiła łyk kawy.
Wstała i podeszła do okna, zerkając na mikroskopijny ogródek wysadzony wkoło tujami, które pokrywała czapa śniegu. Położyła dłonie na ciepłym kaloryferze i zaczekała, aż się ogrzeją. Potem potarła nimi policzki i wróciła na sofę.
Sięgnęła po aparat w chwili, gdy usłyszała dźwięk aplikacji oznajmiający nadejście połączenia.
Zerknęła na zdjęcie Moniki Kardasz i dotknęła zielonej słuchawki.
– Dzień dobry, pani profesor. – Dziewczyna leżała na łóżku, czarne włosy rozsypały jej się na poduszce. W zapuchniętych oczach zbierały się łzy, które nieraz musiały spłynąć po policzkach, bo kreski na powiekach się rozmazały.
Karla nie włączyła kamery. Nie zdążyła się dziś przejrzeć w lustrze, ale nie musiała. Przecież niedawno się obudziła i nawet nie uczesała włosów.