Wstyd
Robert Małecki — Literatura

Widziała go oczami wyobraźni. Ciemne, rzadkie włosy z przedziałkiem pośrodku głowy wpadały mu do dużych piwnych oczu. Spiczastą brodę porastał skąpy młodzieńczy zarost, który nieśmiało wspinał się na wysokie kości policzkowe. Mateusz zazwyczaj bywał uśmiechnięty, dobrze się odnajdował w kontaktach z rówieśnikami. Nigdy nie sprawiał kłopotów. Miał wyraziste poglądy i, co bardzo jej imponowało, brał w obronę słabszych. Wyróżniały go umiejętności organizacyjne. Potrafił skrzyknąć niemal całe liceum na czarne marsze w ramach protestów kobiet, przygotował dużą tęczową flagę na paradę równości. Razem z bliźniakami wzięła wtedy w niej udział. Udało mu się ochronić szpaler drzew w pobliżu centrum, kiedy burmistrz, za zgodą rady miasta, zamierzał je wyciąć, żeby ściągnąć w te rejony ważnego inwestora. Dzięki Mateuszowi drzewa ocalono, a inwestor na szczęście okazał się zagorzałym ekologiem.

A teraz słyszała, jak z tego młodego i zdolnego aktywisty, któremu los słabszych nie pozostawał obojętnym, uchodziła wola życia. Jak sam potrzebował pomocy.

Zastanawiała się, co powinna powiedzieć. Wszystkie słowa, które układała sobie, jeszcze zanim do niego zadzwoniła, uleciały jej z głowy.