– Coś pani powiem – przerwał jej ostro. – Mam w dupie, co zrobią, bo to… – Zawiesił głos i pociągnął nosem. – Bo to… już nie przywróci życia mojemu tacie.
Karla usłyszała wybuch płaczu i coś ścisnęło ją w klatce piersiowej. Jakby dawne rany po stracie męża otworzyły się w niej na nowo i zaczęła się z nich sączyć krew.
– Zabiłbym tego skurwysyna, który odebrał mi ojca – warknął Mateusz.
Rozumiała go.
Dawniej, ilekroć stykała się z przemocą wobec dobrych, często bezbronnych ludzi, miała ochotę wyciągnąć broń z kabury i oddać strzał w głowę sprawcy. Ale nigdy tego nie zrobiła. Miała też ochotę zabić tego, kto był winny śmierci jej męża.
Przymknęła oczy.
Pod powiekami odnalazła obraz uśmiechniętego Adama, z tego poranka, kiedy zrobił chłopcom śniadanie i zbierał się do pracy. Pocałował ją, a następnie każdego z bliźniaków, jedzących zupę mleczną z płatkami, potarmosił im włosy i skierował się do drzwi. Odprowadziła go wzrokiem. Adam zatrzymał się w progu i obiecał, że gdy wróci, zabierze chłopców do kina. Ale nie wrócił.