Powstrzymała się od tego, by powiedzieć Mateuszowi, że sprawca wypadku, zapewne pijany, uciekł z miejsca zdarzenia i nikt go nie znalazł i nie osądził. Wypadek przytrafił się na pustej, wiejskiej drodze biegnącej skrajem lasu, przed łukiem ze skrzyżowaniem. To, że motocykl Adama zderzył się z innym pojazdem, było pewne. Biegli, na podstawie śladów czerwonego lakieru nienależących do motocykla, ale odnalezionych na jego ramie i baku, ustalili producenta konkretnej farby, a ten wskazał na opla. Prawdopodobnie chodziło o corsę z lat dziewięćdziesiątych. Ale wówczas śledztwo utknęło w martwym punkcie. Przez kilka miesięcy, kiedy chłopcy byli w szkole, Karla kręciła się po tamtych drogach. Odwiedzała wszystkich mechaników, narzekając na hamulce w swojej skodzie, którą wtedy jeździła, a przy
okazji wypytywała o czerwoną corsę. Zafiksowała się na tym punkcie. Domagała się sprawiedliwości. Gdy jednak jej działania nie przyniosły żadnych rezultatów, w końcu dała sobie spokój.
I dopiero wtedy wpadła w czarną otchłań żałoby.
– Mateusz? – rzuciła do słuchawki, bo cisza się przedłużała.
Zerknęła na ekran telefonu. Połączenie zostało przerwane.