Cofnęła się do korytarza i nacisnęła przycisk domofonu. Rozległ się zgrzyt elektromagnesu, a później metaliczny odgłos zatrzaskiwanej furtki.
Skrzypienie śniegu pod butami kolegów narastało, aż wreszcie Kordecki otrzepał buty na ganku i wszedł do wnętrza, ściągając czapkę. Aspirant Rafał Herbst, którego z powodu koloru włosów przezywali na komisariacie „Rudy”, zrobił to samo. Mrugnął do niej i uniósł lekko brodę.
– Wejdźcie, nie będziemy przecież stali w korytarzu – powiedziała.
– Naniesiemy ci śniegu – stropił się Kordecki.
– No i co z tego? Przecież nie mieszkam w muzeum. Chodźcie. – Pokiwała na nich energicznie i sama przeszła do salonu, gdzie ponownie usiadła na sofie, poprawiwszy wcześniej ułożenie koca. Kordecki rozpiął kurtkę i rozsiadł się w fotelu. Czapkę trzymał w rękach. Herbst przysunął sobie krzesło, które stało przy stole między kuchnią a salonem.
– Chodzi o Nowaka? – spytała.
Kordecki odkaszlnął w zaciśniętą pięść.
– Ściągnijcie te szmaty, nie wygłupiajcie się. Swoje już przechorowałam, więc nic mi nie będzie.
– A co, jeśli to ty nas zarazisz? – Herbst się zaśmiał.
– Zamkniesz mnie na dwadzieścia cztery – odparła.