Od jakiegoś czasu dodawała więcej płynu do prania bielizny, żeby nie czuć kwaśnego smrodu moczu, który wżerał się w materiał. Obwąchiwała wyprane, wysuszone majtki, ale zdarzało się, że ponownie wrzucała je do bębna pralki. Zamiast przyjemnej kwiatowej woni płynu do płukania wciąż wyczuwała ten cholerny, znajomy fetor. Albo to COVID zostawił po sobie omamy węchowe. Bo popuszczała rzadko. Coraz częściej bała się jednak całkowitej utraty kontroli nad pęcherzem. Niekiedy śniła o tym, że trwa lekcja, ona stoi przy tablicy, a ciemna plama moczu wykwita na spodniach, powiększa się, rozlewa na uda i je ogrzewa, aż w końcu uryna ścieka na drewnianą podłogę. I chociaż wydaje jej się, że z całej siły zaciska zwieracze, pęcherz do cna się opróżnia. Kilku uczniów rechocze, pozostali zaś z obrzydzeniem odwracają głowy.
Koszmar, który szybko przemijał, ale zostawiał po sobie lęk. Bała się kresu swojej kobiecości.
Dwa tygodnie wcześniej obchodziła czterdzieste dziewiąte urodziny i miała wrażenie, że wciąż mogłaby się czuć młodo. Prawda była jednak inna.
Miesiąc po miesiącu, rok po roku gasła w niej kobiecość.
I tyle.
„Czas się z tym pogodzić”, westchnęła.