Wstyd
Robert Małecki — Literatura

Karla poczuła intensywne uderzenie gorąca, które sprawiło, że zaczęło jej brakować tchu.

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że…

– Tak – przerwał jej Kordecki. – To był Sławomir Nowak we własnej osobie.

– Nie rozumiem…

– Karla! – Podkomisarz zgromił ją wzrokiem. – Bądź tak miła i wyświadcz mi przysługę. Nie pierdol.

Ponownie odchylił się na oparcie fotela.

– Nie widziałam się z nim – odparła, zachowując spokój.

– Sąsiad zauważył go w pobliżu. – Wskazał palcem w kierunku okna.

– Gówno mnie to obchodzi. Nie widziałam się z Nowakiem. Czy to jasne? – fuknęła.

Herbst poprawił się w fotelu, a Kordecki nawet nie drgnął.

– Co robiłaś w piątek wieczorem?

– Słucham?

– Dobrze słyszałaś.

Karla prychnęła i wstała. Kaptur zsunął jej się z głowy, gdy podchodziła do okna. Wyjrzała na zewnątrz, na błyszczący w słońcu śnieg okrywający jej niewielki ogród.

Odwróciła się do policjantów.

– Byłam sama w domu.

– Może to ktoś potwierdzić?

– Ochujałeś? Znasz znaczenie słowa „sama”?

– Pytam, czy ktoś może to potwierdzić. – Podkomisarz nieznacznie podniósł głos.

– Tak. Oczywiście, że może.

– No to słucham.

Kobieta rozejrzała się po swoim domu i rozłożyła ręce.

– Kubki, szklanki i telewizor, ręczniki w łazience i jeszcze moja pościel.