Oddzwoniła i uruchomiła tryb głośnomówiący. Pierwszy wolny sygnał rozbrzmiał, gdy wysunęła spod kołdry stopy w góralskich skarpetach, postawiła je na podłogę i odszukała kapcie. Chłód wdzierał się pod grubą piżamę, dlatego włożyła stary szlafrok męża i przewiązała się ciasno w talii, po czym chuchnęła w zziębnięte dłonie i ponownie przysiadła na łóżku. Ułożyła aparat na podołku.
Koleżanka odebrała po siódmym sygnale.
– Karla, na Boga! Ile można spać? – wydyszała Woźniak, jakby dopiero co skończyła zajęcia aerobiku. Licealistki mogły jej pozazdrościć smukłej figury.
Julia Karlińska lubiła to przezwisko, które przylgnęło do niej z czasów, gdy pracowała na komisariacie.
– Chata pusta, chłopców nie ma, to korzystam. – Ziewnęła, zerkając przez okno. – Stało się coś?