Zima w końcówce stycznia przybrała na sile. Grube konary i gałęzie czarnego szkieletu pobliskiego kasztanowca skuła połyskująca szadź. Ziemię pokrywała solidna warstwa śniegu. Dalej na horyzoncie majaczyła sylwetka wieży kościoła w Śmierszynie, wykończonej hełmem gruszkowym. Łamana linia dachów staromiejskiej zabudowy sięgała od świątyni do ceglanej wieży ratusza. Po prawej, na skraju miasta, na wzniesieniu, znajdował się odrestaurowany dwór otoczony starym parkiem. Tam siedzibę miał „medyk”. Karla widziała zachodnie oszklone skrzydło wybudowanego dwa lata temu internatu. Znała w tym dworze i parku każdy kąt.
– To ty nic nie wiesz? Nie słyszałaś o Sławku Nowaku? – zdziwiła się Ada. W tonie jej głosu słychać było napięcie.
– Ale że co?
– Chryste, naprawdę nic nie słyszałaś? Cały Śmierszyn trąbi o tym od rana.
– Dopiero wstałam. – Karla przeniosła wzrok na stary barometr z termometrem, który odziedziczyła po dziadku. Wisiał na ścianie. Kiedy na niego zerknęła, zrobiło jej się jeszcze chłodniej.
W sypialni było zaledwie osiemnaście stopni.
– Halo? – rzuciła do słuchawki.
Nikt nie odpowiedział.