Karla zapędziła się tam jesienią, kiedy jeszcze biegała rekreacyjnie, by zrzucić kilka kilogramów. Chciała, tak jak latem, skręcić w lewo na wyasfaltowanym placu, przebiec przez niezagospodarowaną działkę, a potem przez las, aż na skraj wysokiego klifu, skąd rozciągał się zapierający dech w piersiach widok na dolinę Jeziora Śmierszyńskiego otulonego gęstymi borami sosnowymi. Tymczasem drogę zagrodził jej płot, za którym wyrastał dom w stanie surowym. Karla oparła ręce o kolana i oddychała ciężko. W słuchawkach wetkniętych w uszy sączyły się dźwięki Krakowskiego spleenu Maanamu. Kora czekała na wiatr, co miał rozgonić ciemne skłębione chmury. W zasadzie czekały na to obie, ale w życiu Karli to wciąż nie następowało.
Przypomniała sobie, że tamtego jesiennego dnia podszedł do niej Nowak i że zlękła się, kiedy dotknął jej ramienia.
Uśmiechnął się przepraszająco.
Karla wyciągnęła słuchawki z uszu i się wyprostowała.
– Cholera, przepraszam, nie zamierzałem cię wystraszyć – rzekł zakłopotany, poruszając dłońmi, jakby je namydlał.
Machnęła ręką i się uśmiechnęła.