– Ale wiesz, taka formalna... żeby wiedziała, że to na poważnie. No i żebyście się nie wydali, że wiecie, po co przyszliśmy. Mamo... Mamo? Halo, jesteś tam? Mamo!!!
– Jestem – w końcu wyduszam z siebie. – A to niespodzianka!
– Prawda? – raduje się Piotr na drugim końcu miasta. – Może nie mów tacie, bo on się wygada.
– A to niespodzianka – powtarzam. Już tak kiedyś miałam, taki katarynkowy tryb.
– No właśnie. I kupiłem pierścionek – cieszy się jak dziecko.
Przełykam ślinę i połykam razem z nią zdanie: a to niespodzianka.
– Sam?
– No przecież Agaty się nie mogłem poradzić! – strofuje mnie leciutko. – Ale ładny wybrałem.
Mogłeś się ze mną skonsultować.
Ja jestem twoją matką!
I nigdy bym do tego nie dopuściła!
– To dobrze. No, to czekamy na was w niedzielę! – Staram się nadać swojemu głosowi wesoły, pełen szczęśliwości i nadziei na przyszłe cudowne życie Piotrusia z Agatą – ton.
Niestety, brzmi to mniej więcej tak, jakbym mówiła, że w niedzielę na pewno będzie trzęsienie ziemi. Jakieś siedem, osiem stopni, nie więcej, i to tuż pod naszym mieszkaniem.