– Całuski – dźwięczy jak dzwon głos mojego syna, mojej drobinki, mojego dzieciaczka, mojego rycerzyka, mojego! po prostu syna!
– Pa!
Rozłączam się i siadam na krześle w kuchni.
To koniec.
Już.
Tak nagle.
Jest po wszystkim.
Niespodziewanie. Bez uprzedzenia. Bez jakichkolwiek znaków ostrzegawczych moje dziecko, mój chłopiec, zamiast dojrzeć w atmosferze zrozumienia i komfortu, rzuca się w niebezpieczny wir życia z obcą kobietą, bez przygotowania, bez odpowiednich narzędzi gwarantujących mu przetrwanie, bez rodziców, na których zawsze mógł liczyć, bez...
– O Boże, Boże – wyrywa mi się niepotrzebnie, bo właśnie Paweł stanął w drzwiach kuchni.
– Coś przypaliłaś? Znowu?
Paweł jest moim mężem od dwudziestu sześciu lat. I ojcem Piotrusia. Nie tylko tym, który go wychował, ale również tym mającym z nim połączenie genetyczne, co, jak wiemy, potwierdza się w dziewięćdziesięciu procentach.
– Piotr chce się oświadczyć Agacie u nas na obiedzie w niedzielę! – wyrzucam z siebie, zanim zdążyłam sobie przypomnieć, że Piotruś prosił o dyskrecję.