– Uff... Jak mocno... – wydusiłem z siebie.
Mój głos brzmiał tak słabo i cicho, że sam go ledwo usłyszałem. Przełknąłem ślinę, żeby trochę zwilżyć gardło.
– Zbieraj swoje rzeczy – powiedziałem już głośniej, wyraźniej. – Przyniosłaś jakieś zabawki?
Pokiwała głową. Podreptała do leżącego nieopodal pudła i wyjęła z niego niewielkiego wełnianego misia. To była jej ulubiona maskotka. Przynajmniej przez dłuższy czas, bo jak to u dziecka, gusta mojej córki się zmieniały. Raz nie mogła żyć bez tandetnego króliczka kupionego na wakacjach we Włoszech, innym razem bez domagającej się nieustannie mleczka i opieki lalki – prezentu na trzecie urodziny. Jednak wełniany miś zawsze wracał. Robiło mi się miło, ilekroć go widziałem. Była to pierwsza zabawka, którą jej dałem. Czekała w łóżeczku, kiedy przywieźliśmy ją ze szpitala.
– A właśnie, à propos – odezwała się wychowawczyni. – Dzisiaj nie jest dzień przynoszenia zabawek. Bardzo proszę, żeby tego przestrzegać.
– Tak, oczywiście. Ale to wyjątkowa sytuacja – powiedziałem.