Kiwnęła głową na znak, że rozumie. Podeszła do syna. Poprosiła go, żeby wstał z ziemi. Chłopak zaprotestował, bo właśnie udało mu się zapełnić łyżkę koparki drobnymi kamieniami, które zamierzał wysypać na znajdującą się nieopodal kupkę patyków. Kobieta pozwoliła mu więc dokończyć zabawę, co chwila nerwowo zerkając w moją stronę, a potem chwyciła go za przegub małej dłoni i odeszli pośpiesznie.
Patrzyłem za nimi, aż zniknęli za najbliższym zakrętem. Nie było w tym ani natarczywości, ani ciekawości. Po prostu odwlekałem to, co nieuniknione.
Odetchnąłem. Zerknąłem na swoje dłonie. Lepiły się od brudu i potu. Wytarłem je w chusteczkę. Potem wyjąłem komórkę, włączyłem aparat i tryb do robienia selfie. Przejrzałem się w ekranie jak w lusterku. Na twarzy, na czole i w okolicach oczu, w miejscach, gdzie przed chwilą się masowałem, żeby pozbyć się tego strasznego, tępego ucisku, który zdawał się miażdżyć mi czaszkę, dostrzegłem szare smugi. Wziąłem kolejną chusteczkę i doprowadziłem się do porządku.
Poczłapałem w stronę wejścia do przedszkola. Zostało mi jeszcze z dziesięć, może piętnaście metrów, ta krótka droga ciągnęła się jak całe kilometry.