W istocie bowiem ich życie różniło się bardziej, niż Elaine sądziła. Owszem, miały takie same rakiety tenisowe, takie same frotowe bluzy z kapturem w kolorze landrynkowej brzoskwini. Ale choć Elaine jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy, niektóre podobieństwa między nimi należały już do przeszłości. Obie rodziny korzystały z usług brazylijskich gosposi, lecz Marianna prawie od roku „odwiedzała rodzinę” i Cass dawno przestała się łudzić, że jeszcze kiedyś wróci. Cass wiedziała, gdzie w Nowym Jorku są najlepsze sklepy, a na Cap d’Antibes – najlepsze plaże, lecz to ramiona Elaine wciąż pokrywała wakacyjna opalenizna, a gdy Cass patrzyła na swoje, czego starała się nie robić, okazywały się – między plackami egzemy – ziemistoblade, łudząco podobne do brzydkiej szkolnej bluzki.
Gdy po raz pierwszy dotarła do niej informacja o „spowolnieniu” w biznesie, jak to ujął jej tata, pomyślała, że może to i lepiej. Elaine wyznała jej wcześniej, że kiedy jeszcze nie były przyjaciółkami, uważała, że rodzina Cass zadziera nosa. I nie tylko ja, dodała prędko. Większość ludzi tak myśli.