Zwykle po szkole szły do Elaine, ale niekiedy, by zmienić otoczenie, Elaine wolała iść do Cass. Lubiła przesiadywać u niej w kuchni i rozmawiać z Imeldą – bo tak właśnie zwracała się do matki Cass, po imieniu, z taką swobodą i naturalnością, że po jakimś czasie Cass wzięła z niej przykład. Ale bombowo wyglądasz w tych jegginsach, Imelda, mówiła Elaine. O, tak uważasz? – odpowiadała mama Cass, czy też Imelda, wyginając się jak wierzbowa witka, by obejrzeć własne uda z tyłu. Nie byłam pewna, czy te paski to dobry pomysł. Te paski są właśnie najlepsze, orzekała dobitnie Elaine, ku zadowoleniu Imeldy.
Mama Cass słynęła z piękności. Ona również miała blond włosy i zielone oczy. To takie dziwne, że jest twoją mamą, zauważyła raz Elaine. Nie uważasz, że miałoby więcej sensu, gdybym to ja była jej córką?
I byłybyśmy siostrami! – podchwyciła Cass.
Nie no, w sensie, zamiast ciebie, uściśliła Elaine.