Salima prowadziła nas stale na północ, wzdłuż granicy między Algierią i Libią. Na wchód od Dżanatu zatrzymało nas sześciu uzbrojonych po zęby bojowników. Wszyscy byli młodzi – mieli nie więcej niż kilkanaście lat – i wyglądali tak, jakby zażyli silne narkotyki. Nazywano ich Dziecięcą Armią. Niemal wyczuwałem zapach krwi. Wybałuszając nienaturalnie oczy, pochwycili najpierw mnie, a potem Trace’a.
Kazali mi uklęknąć i przystawili pistolet do mojej głowy.
Miałem umrzeć jako pierwszy, tak by Trace na to patrzył. Potem przyszłaby jego kolej.
Zamknąłem oczy, wyobraziłem sobie twarz Maggie i czekałem, aż ktoś pociągnie za spust.
Dziecięca Armia nas nie zabiła. Salima, która zna biegle co najmniej cztery języki, upadła na kolana i zaczęła szybko coś mówić. Nie wiem dokładnie, co powiedziała – nie chciała nam tego zdradzić – ale nastoletni żołnierze zostawili nas w spokoju i poszli dalej.
Jeszcze więcej krzyków. Więcej strzałów. Coraz bliżej. Staram się spieszyć.