Opowiadałaś. A obraz dziewczyny, wyłaniający się przed moimi oczami, był jeszcze wyraźniejszy niż ten, który widziałem, ciebie opartej o mnie z ręką pod moim ramieniem. W pewnym momencie samolotem wstrząsnęły lekkie turbulencje, jakbyśmy płynęli po niedużych ostrych falach, i wprawiły twój głos w komiczne wibrato, które rozśmieszyło nas oboje.
– Możemy uciec – odezwałem się, kiedy skończyłaś mówić.
Popatrzyłaś na mnie.
– Jak to?
– W hotelu Langdon weźmiesz jedynkę. Wieczorem zostawisz w recepcji wiadomość zaadresowaną do szefa hotelu, którą dostanie po przyjściu do pracy jutro rano. Napiszesz, że idziesz utopić się w Tamizie. Pójdziesz tam dziś wieczorem w jakieś miejsce, gdzie nikt cię nie zobaczy, zdejmiesz buty i zostawisz je na brzegu. Zabiorę cię stamtąd wynajętym samochodem. Pojedziemy do Francji i z Paryża polecimy samolotem do Kapsztadu.
– Paszport – rzuciłaś tylko.
– Ja to załatwię.
– Naprawdę? – Dalej na mnie patrzyłaś. – Jakim ty właściwie jesteś psychologiem?
– Nie jestem psychologiem.
– Nie?
– Nie.
– No to kim jesteś?
– A jak sądzisz?
– Tym, który ma mnie zabić – powiedziałaś.
– Tak.
– Zarezerwowaliście siedzenie obok mnie, zanim jeszcze przyleciałam do Nowego Jorku podpisać papiery.