Potem dał psu jeść. Pies był stary. Miał już dwanaście lat. Albo i więcej, bo nikt przecież tego dokładnie nie liczył, nikt mu nie wyprawiał urodzin z mięsnym tortem i parówkami zamiast świeczek. Mieszaniec labradora, wielki, czarny jak noc. Wzięli go, żeby pilnował terenu poza sezonem. Dawniej ciągle darł się jak opętany, kiedy pojawiał się ktoś obcy, teraz zdarzało mu się to dużo rzadziej. Przez lata się postarzał, zrobił się leniwy. Do tego miał problemy z biodrami. Nie biegał, ale truchtał i przy każdym ruchu widać było, że sprawia mu to ból. Jasiek ukrywał go przed właścicielami. Na szczęście oni rzadko się pojawiali. Mieli inne biznesy. Większe, ważniejsze, przynoszące więcej pieniędzy. A gdyby zobaczyli zwierzaka, na pewno kazaliby go uśpić, pieprzyliby coś o tym, że po co im pies stróżujący, który nie potrafi biegać.
– Co oni, kurwa, wiedzą? – mruknął Jasiek, siedząc na rozłożonej kurtce, paląc papierosa i obserwując jedzącego kundla.