Zbędni
Wojciech Chmielarz — Kryminalne i sensacyjne

Po­tem dał psu jeść. Pies był stary. Miał już dwa­na­ście lat. Albo i wię­cej, bo nikt prze­cież tego do­kład­nie nie li­czył, nikt mu nie wy­pra­wiał uro­dzin z mię­snym tor­tem i pa­rów­kami za­miast świe­czek. Mie­sza­niec la­bra­dora, wielki, czarny jak noc. Wzięli go, żeby pil­no­wał te­renu poza se­zo­nem. Daw­niej cią­gle darł się jak opę­tany, kiedy po­ja­wiał się ktoś obcy, te­raz zda­rzało mu się to dużo rza­dziej. Przez lata się po­sta­rzał, zro­bił się le­niwy. Do tego miał pro­blemy z bio­drami. Nie bie­gał, ale truch­tał i przy każ­dym ru­chu wi­dać było, że spra­wia mu to ból. Ja­siek ukry­wał go przed wła­ści­cie­lami. Na szczę­ście oni rzadko się po­ja­wiali. Mieli inne biz­nesy. Więk­sze, waż­niej­sze, przy­no­szące wię­cej pie­nię­dzy. A gdyby zo­ba­czyli zwie­rzaka, na pewno ka­za­liby go uśpić, pie­przy­liby coś o tym, że po co im pies stró­żu­jący, który nie po­trafi bie­gać.

– Co oni, kurwa, wie­dzą? – mruk­nął Ja­siek, sie­dząc na roz­ło­żo­nej kurtce, pa­ląc pa­pie­rosa i ob­ser­wu­jąc je­dzą­cego kun­dla.