Pies podniósł łeb i spojrzał na niego ciemnymi oczami, jakby chciał dopytać, o co mu właściwie chodzi, a potem podbiegł niezgrabnie i uderzył czule łbem w pierś mężczyzny, przewracając go na ziemię. Jasiek stęknął cicho, papieros wypadł mu z ust. Przez chwilę tak leżał, czując, jak woda przesiąka mu przez wełniany sweter, i głaskał psa po grubym karku.
– No już, już – powiedział wreszcie, odpychając go od siebie.
Wstał, potarmosił jeszcze kundla za uszami i wrócił do pracy.
Pomyślał, że po całej tej harówce zasługuje na to, by zrobić dla siebie coś dobrego. Wsiadł do wysłużonego citroëna i pojechał do Kowar, żeby zjeść obiad w tamtejszym barze. Zamówił hamburgera z frytkami, a po chwili zastanowienia – piwo. Uznał, że jedno mu nie zaszkodzi. Był wielkim facetem. Poza tym miało być do posiłku, a i tak pewnie jeszcze posiedzi i zapali papierosa, porozmawia z kolegami, którzy powoli zaczęli się schodzić, równie zmęczeni jak on po całym dniu roboty.