Silniki ponownie przyspieszają i łódź powoli oddala się od góry lodowej. Niektórzy turyści podążają za nią jak ćmy za światłem, przechodząc z dziobu na rufę, by wykonać ostatnie ujęcia. Gdy pływająca masa lodowa jest już zbyt daleko, wracają do wnętrza łodzi, by się trochę ogrzać. Jedni zamawiają kawę w barze, inni przeglądają na swoich urządzeniach świeżo zrobione zdjęcia. Fotografowie podłączają aparaty do drukarek ustawionych pośrodku głównej sali.
– Góra lodowa, którą właśnie minęliśmy, oderwała się dwa dni temu od czoła lodowca – mówi przewodniczka. – Za dwadzieścia minut znajdziemy się przed nim i może, przy odrobinie szczęścia, uda nam się zobaczyć, jak odrywa się kolejna bryła.
Ta zapowiedź elektryzuje najbardziej zapalonych, którzy wracają na dziób. Nasz Włoch jest wśród nich.
Wkrótce statek staje przed czołem Viedmy – pięćdziesięciometrową ścianą lodu o szerokości dwóch kilometrów. Gdyby miliony ton skompresowanego śniegu, napierające w stronę jeziora, były armią, ta ściana stanowiłaby jego kawalerię. Włoch nie potrafiłby opisać słowami, jak mały i nieistotny czuje się w jej obecności, nawet gdyby mógł posiłkować się tysiącem włoskich gestów, które nosi w DNA.