Statek zatrzymuje się dwieście metrów od biało-niebieskiej ściany. Na pokładach zapada cisza. Włoch opiera się pokusie sfotografowania tego widoku, choć zdjęcia i tak nie oddadzą jego piękna ani nie uchwycą trzasków pękającego lodowca, brzmiących jak armatnie wystrzały.
Stoją w miejscu już dłuższą chwilę, gdy nagle Włoch wychwytuje nowy dźwięk, inny niż pozostałe. Donośny i tępy jak uderzenie bili. Kątem oka dostrzega ruch na zamarzniętej ścianie – kawałek lodu odrywa się i zanim dociera do wody, zderza się z innym odłamkiem. Na tle czoła Viedmy bryła wydaje się maleńka, lecz w rzeczywistości ma rozmiary samochodu.
Wtedy odzywa się przewodniczka:
– Miejcie oczy szeroko otwarte, bo często po małym pęknięciu następuje…
Jej wypowiedź przerywa ogłuszający ryk. Na oczach wszystkich zapada się lodowa kolumna wielkości kilkunastopiętrowego budynku, tak duża, że wydaje się rozpadać w zwolnionym tempie. Gdy jezioro pochłania lód, na pokładzie słychać zbiorowe westchnienie zachwytu. Włoch czuje uderzenie adrenaliny niczym na kolejce górskiej. Chwyta się za głowę, nie mogąc uwierzyć, że ma przywilej obserwować taki spektakl natury.