Złotowłosa
Wojciech Chmielarz — Kryminały

A ona od góry wbijała palce w owoc, obierała go ze skórki, które potem wrzucała do foliowego woreczka, i wsuwała jej miękkie kawałki wprost do ust. Sok ciekł Malwinie po brodzie. Śmiała się z tego i próbowała zlizać go językiem. Raz nawet, gdy ona wycierała jej usta chusteczką, staruszka lekko ją ugryzła i zachichotała jak mała dziewczynka ze swojego psikusa.

Malwina się nie bała. Bo wszystko, co straszne, było już za nią. Czekała ze spokojem na to, co miało nastąpić, pogodzona z własnymi błędami i zwycięstwami. Od czasu do czasu śmiejąc się sama do siebie, kiedy przypominała sobie jakieś dawne wspomnienie, i prosząc o kolejną mandarynkę.

Tylko raz złapała ją na płaczu, ale gdy zapytała, co się stało, Malwina machnęła ręką, mówiąc, że nic istotnego i że czasami trzeba popłakać, żeby łzy nas nie zjadły. Uznała wtedy, że to bardzo mądre słowa.