I nagle, z dnia na dzień, wszystko się zmieniło. Czasami tak się dzieje. U większości choroba jest jak rzeka, która powoli, ale uparcie podmywa brzegi. Niepostrzeżenie zabiera ze sobą kolejne kawałki, garść za garścią, aż nic nie zostaje. Kiedy indziej umysł długo się broni, dzielni żołnierze stoją na murach pamięci, ale w pewnym momencie padają jeden za drugim. Fortyfikacje walą się z hukiem, a kiedy kurz opada, nie ma już niczego.
To właśnie spotkało Malwinę. Jednego dnia była tą mądrą, empatyczną staruszką o umyśle ostrym jak brzytwa, drugiego trzęsącą się ze strachu istotą, która ledwo potrafiła mówić, nie rozpoznawała ludzi i robiła pod siebie. W tych rzadkich momentach, kiedy wracały do niej strzępy świadomości, uważała, że została uwięziona wbrew swojej woli. Wołała dzieci, żeby do niej przyszły i ją uwolniły.
Miała dwójkę. Starszego syna, który mieszkał w Warszawie, ale kiedy do niego dzwonili, zawsze mówił, że przecież niedawno odwiedził matkę (nawet jeśli to było kilka tygodni wcześniej) i płaci za hospicjum, więc powinni dać mu spokój. Zadzwonić mogą co najwyżej, kiedy nadejdzie czas. Może wtedy zdąży przyjechać.