Córka natomiast wyjechała do Poznania. Z matką nie chciała mieć nic wspólnego. Podczas jedynej rozmowy, jaką odbyły, powiedziała, że za opiekę niech płaci brat, skoro to on zatrzymał mieszkanie, i żeby więcej już do niej nie dzwonić.
Nie powinnaś tego robić, mówili jej. Będziesz żałować.
Ale ona chciała. Poza tym co złego mogło się stać?
No cóż... życie potrafi zaskakiwać.
Następnego dnia podała się za córkę Malwiny. Nie wiedziała nawet, jak tamta ma na imię. Znała ją tylko z nazwiska i numeru telefonu. Wystarczyło, że powiedziała zwykłe „cześć, mamo”, kiedy weszła do pokoju. Staruszka od razu się uspokoiła. Ciągle płakała, ale jej ciałem przestały wstrząsać dreszcze przerażenia. Nie broniła się już przed lekarzami i pielęgniarkami. Pozwoliła się nakłuwać, pobierać krew, podawać leki. Kilka razy udało im się nawet, tak jak kiedyś, wyjść na spacer. Stały wtedy w ogrodzie w jesiennym słońcu, Malwina trzymała ją za rękę i przepraszała, chociaż sama nie wiedziała za co. Ale ta potrzeba przeproszenia była tak wielka i tak niezaspokojona, że nie potrafiła nad nią zapanować. Ona odpowiadała, że nic nie szkodzi, i karmiła staruszkę mandarynkami.