Złotowłosa
Wojciech Chmielarz — Kryminały

Obudziła się. Ciągle kręciło się jej w głowie i bolało ją w tylu miejscach, że nawet nie potrafiłaby ich wszystkich wymienić. Najgorsza była suchość w ustach i gardle. Jakby ktoś wysypał jej tam ciężarówkę pustynnego piasku. Po raz pierwszy jednak dotarło do niej, że być może wcale nie umarła. Przynajmniej jeszcze nie. Że tkwi zawieszona w jakimś dziwnym stanie, pomiędzy życiem a śmiercią, a gdzieś tam, wysoko nad nią niezbadane kosmiczne siły właśnie wydają na nią wyrok. I zadrżała, bo wiedziała przecież, jaki będzie.

Czuwała przy Malwinie, kiedy tamta odchodziła. Głaskała ją po dłoni. Pod skórą, tak cienką i suchą jak jesienne liście, dało się dostrzec gęstą sieć żył i tętnic. Jakby była tylko opakowaniem założonym na biologiczny rekwizyt.

– Ola...

Wtedy jedyny raz usłyszała z jej ust to imię. Pojęła, że staruszka zwraca się do swojej córki, i natychmiast weszła w swoją rolę.

– Jestem, mamusiu.

Staruszka nadludzkim wysiłkiem uniosła się na centymetr, dwa, żeby lepiej się jej przyjrzeć. Oczy otworzyły się szeroko, mgła w spojrzeniu jakby się rozwiała, a potem twarz wykrzywiła się w grymasie zgrozy.