Zrost
Robert Małecki — Kryminalne i sensacyjne

Krótko przed szó­stą rano za­dzwo­nił do niego ofi­cer dy­żurny i wy­bu­dziw­szy go z płyt­kiego, ner­wo­wego snu, prze­ka­zał mu in­for­ma­cję o od­kry­ciu zwłok star­szego męż­czy­zny w wy­zię­bio­nym domu w po­bliżu je­ziora. Ko­mi­sarz po­sta­no­wił wy­brać się w to miej­sce z tech­ni­kami kry­mi­na­li­styki, któ­rzy mieli przy­je­chać z To­ru­nia i za­cze­kać na niego pod chełm­żyń­skim ko­mi­sa­ria­tem. Kiedy do­tarł we wska­zane miej­sce, z rury wy­de­cho­wej nie­ozna­ko­wa­nej ki­janki bu­chały siwe kłęby spa­lin. Ko­mi­sarz usiadł na tyl­nej ka­na­pie i po­pro­sił ko­le­gów, by po dro­dze za­brali Mo­nikę Skal­ską, jego prawą rękę w wy­dziale kry­mi­nal­nym, ale oka­zało się, że aspi­rantka szta­bowa po­je­chała na miej­sce z pa­tro­lem pre­wen­cji. Ru­szyli więc pro­sto do wsi, po­ło­żo­nej na pół­nocny za­chód od Chełmży.

Gę­sta mgła, ciem­ność i ob­lo­dze­nie dróg utrud­niały jazdę. Szu­miał sil­nik, ra­dio szem­rało, kie­rowca od czasu do czasu po­chrzą­ki­wał, jakby zma­gał się z prze­zię­bie­niem. Mimo dzia­ła­ją­cego na­wiewu szyby za­cho­dziły parą. Tę przy swoim sie­dze­niu Gross prze­tarł rę­ka­wem kurtki, ale i tak nie­wiele mógł do­strzec.