Krótko przed szóstą rano zadzwonił do niego oficer dyżurny i wybudziwszy go z płytkiego, nerwowego snu, przekazał mu informację o odkryciu zwłok starszego mężczyzny w wyziębionym domu w pobliżu jeziora. Komisarz postanowił wybrać się w to miejsce z technikami kryminalistyki, którzy mieli przyjechać z Torunia i zaczekać na niego pod chełmżyńskim komisariatem. Kiedy dotarł we wskazane miejsce, z rury wydechowej nieoznakowanej kijanki buchały siwe kłęby spalin. Komisarz usiadł na tylnej kanapie i poprosił kolegów, by po drodze zabrali Monikę Skalską, jego prawą rękę w wydziale kryminalnym, ale okazało się, że aspirantka sztabowa pojechała na miejsce z patrolem prewencji. Ruszyli więc prosto do wsi, położonej na północny zachód od Chełmży.
Gęsta mgła, ciemność i oblodzenie dróg utrudniały jazdę. Szumiał silnik, radio szemrało, kierowca od czasu do czasu pochrząkiwał, jakby zmagał się z przeziębieniem. Mimo działającego nawiewu szyby zachodziły parą. Tę przy swoim siedzeniu Gross przetarł rękawem kurtki, ale i tak niewiele mógł dostrzec.