Wrócił myślami do nietypowego zgłoszenia.
Janusz Kowal, zażywny sześćdziesięcioczteroletni właściciel piekarni, wracał z pracy i przejeżdżając obok posesji Stanisława Sądeckiego, starszego, samotnie mieszkającego sąsiada, zauważył, że we wszystkich pomieszczeniach włączono lampy. Ale nie to zaniepokoiło mężczyznę. Jego obawy wzbudziły otwarte na oścież drzwi i żółta plama światła, rozlana na nierównościach śniegu zalegającego przed wejściem. Wokół nie było żywej duszy.
Zazwyczaj po nocnej zmianie Kowal przywoził staruszkowi, który wstawał przed świtem, świeżo wypieczony chleb żytni. Tak było i tym razem. Skręcił więc w gruntową drogę, prowadzącą do niewielkiego szarego domu z płaskim dachem. Ale nawet gdyby poprzedniego dnia osiemdziesięcioośmioletni sąsiad nie zamówił bochenka, Kowal i tak zajrzałby do niego. Przeczuwał bowiem, że stało się coś złego.