Jednak zanim tam dotarł i podładował telefon, upłynęło trochę czasu.
W końcu zadzwonił. Odebrał dyżurny chełmżyńskiego komisariatu.
Kiedy Gross z ekipą techników dotarł na miejsce, Kowal stał przed policjantem blokującym wejście do domu Sądeckiego i chuchał w zziębnięte dłonie.
Radiowóz patrolu prewencji, który dotarł tu jako pierwszy, żeby zabezpieczyć miejsce zdarzenia, stał wzdłuż ogrodzenia, tyłem do nich. Niebieskie światło odbijało się od okien domu Sądeckiego, rytmicznymi uderzeniami smagało warstwę zmarzniętego śniegu i ginęło miękko w gęstej mgle.
Kowal rozmawiał z niskim sierżantem, ale gdy tylko funkcjonariusz skinął głową w kierunku nadjeżdżającej kii, mężczyzna zaczął się ślizgać w kierunku jezdni, dając znak kierowcy, żeby się zatrzymał.
Gross dostrzegł go przez boczną szybę. Otworzył drzwi, ale nie zdążył wysiąść, bo Kowal był szybszy i nachylił się do wnętrza samochodu.
– Jezu! On zniknął! – rzucił nerwowo, a parę z jego ust pochłonął mrok.
Gross spojrzał na niego pytająco.