Zrost
Robert Małecki — Kryminalne i sensacyjne

Jed­nak za­nim tam do­tarł i pod­ła­do­wał te­le­fon, upły­nęło tro­chę czasu.

W końcu za­dzwo­nił. Ode­brał dy­żurny chełm­żyń­skiego ko­mi­sa­riatu.

Kiedy Gross z ekipą tech­ni­ków do­tarł na miej­sce, Ko­wal stał przed po­li­cjan­tem blo­ku­ją­cym wej­ście do domu Są­dec­kiego i chu­chał w zzięb­nięte dło­nie.

Ra­dio­wóz pa­trolu pre­wen­cji, który do­tarł tu jako pierw­szy, żeby za­bez­pie­czyć miej­sce zda­rze­nia, stał wzdłuż ogro­dze­nia, ty­łem do nich. Nie­bie­skie świa­tło od­bi­jało się od okien domu Są­dec­kiego, ryt­micz­nymi ude­rze­niami sma­gało war­stwę zmar­z­nię­tego śniegu i gi­nęło miękko w gę­stej mgle.

Ko­wal roz­ma­wiał z ni­skim sier­żan­tem, ale gdy tylko funk­cjo­na­riusz ski­nął głową w kie­runku nad­jeż­dża­ją­cej kii, męż­czy­zna za­czął się śli­zgać w kie­runku jezdni, da­jąc znak kie­rowcy, żeby się za­trzy­mał.

Gross do­strzegł go przez boczną szybę. Otwo­rzył drzwi, ale nie zdą­żył wy­siąść, bo Ko­wal był szyb­szy i na­chy­lił się do wnę­trza sa­mo­chodu.

– Jezu! On znik­nął! – rzu­cił ner­wowo, a parę z jego ust po­chło­nął mrok.

Gross spoj­rzał na niego py­ta­jąco.