– No, mówię panu, zniknął. Przysięgam – gorączkował się piekarz. – Stasiu tam był, siedział w fotelu, ale teraz go nie ma – dodał, wskazując szybkim gestem na dom Sądeckiego.
Komisarz kazał Kowalowi się odsunąć, po czym wysiadł z radiowozu.
W otwartych drzwiach domu zauważył ciemną kobiecą postać i jej cień, wykoślawiony na śniegu. Rozpoznał Monikę Skalską po bejsbolówce i długich prostych włosach, spiętych w koński ogon, który przełożyła przez tylną przelotkę w czapce. Lśniąca czarna kita zwieszała się do połowy pleców.
– Niech pan tu zaczeka – polecił Gross i poprosił technika, żeby podał mu ochraniacze na buty i parę gumowych rękawiczek, a następnie ruszył do podwładnej.
Skałka, jak ją nazywali, miała zaczerwienione, zziębnięte dłonie, które szybko wsunęła w puchowy ocieplacz założony na czarny polar.
Kiedy szedł w jej stronę, patrzyła na niego, intensywnie żując gumę.
– Możesz mi wyjaśnić, o co tu chodzi? – spytał.